Padwa Północy: Dlaczego Zamość nazywany jest „miastem idealnym”?
Kiedy myślimy o powstawaniu miast, w naszej wyobraźni najczęściej pojawia się obraz powolnego, chaotycznego ewolucyjnego procesu. Średniowieczne grody rozrastały się wokół zamków, wsie przekształcały się w osady handlowe, a wąskie, kręte uliczki formowały się tam, gdzie akurat prowadziły wydeptane ścieżki. Taki organiczny rozwój był przez wieki normą. Jednak w epoce renesansu, czasie wielkich odkryć, powrotu do antycznych ideałów i wiary w potęgę ludzkiego rozumu, narodziła się zupełnie inna wizja. Wizja miasta, które nie powstaje przez przypadek, ale jest od samego początku do końca zaprojektowane przez wybitny umysł. Miasta, które jest fizycznym odzwierciedleniem boskiej harmonii, ludzkiej anatomii i geometrycznej doskonałości.
W Europie koncepcja „miasta idealnego” fascynowała największych myślicieli – od Leonarda da Vinci po Tomasza Morusa. Powstawały wspaniałe traktaty i piękne szkice. Problem polegał jednak na tym, że w gęsto zabudowanej, podzielonej konfliktami Europie Zachodniej, rzadko kiedy udawało się te utopijne wizje zrealizować w pełnej skali. Brakowało miejsca, środków i politycznej woli, by zburzyć stare i zbudować nowe na czystej karcie. I wtedy, z dala od słonecznej Italii, na rozległych równinach wschodniej Rzeczypospolitej, splotły się drogi dwóch niezwykłych ludzi. Jeden miał nieograniczoną władzę i majątek. Drugi dysponował genialnym zmysłem architektonicznym i znajomością najnowszych włoskich trendów. Byli to Jan Zamoyski, kanclerz wielki koronny, oraz Bernardo Morando, architekt rodem z Padwy.
Owocem ich spotkania i trwającej dekady współpracy jest Zamość – fenomen na skalę światową, perła renesansu, która przetrwała burze dziejowe, by w 1992 roku trafić na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Ale dlaczego właściwie Zamość nosi dumne miano „Padwy Północy”? Co sprawia, że do dziś uczy się o nim na wydziałach architektury od Tokio po Nowy Jork jako o najlepszym zrealizowanym przykładzie miasta idealnego? Aby to zrozumieć, musimy cofnąć się do XVI wieku i wejść do umysłów twórców tej niesamowitej przestrzeni.

Filozofia renesansu a marzenie o przestrzeni doskonałej
Aby w pełni docenić unikalność Zamościa, należy najpierw zrozumieć fundamenty epoki, w której powstawał. Renesans był czasem radykalnego odcięcia się od średniowiecznego mroku i chaosu. Ludzie renesansu wierzyli, że wszechświat został stworzony według ścisłych, matematycznych reguł, a zadaniem człowieka jest te reguły odkryć i naśladować. Inspiracji szukano w starożytności, a prawdziwą biblią dla ówczesnych architektów stało się dzieło rzymskiego inżyniera Witruwiusza „O architekturze ksiąg dziesięć”.
Witruwiusz głosił, że architektura musi opierać się na trzech filarach: trwałości, użyteczności i pięknie. Piękno z kolei wynikało z proporcji i symetrii. Idealne proporcje odnajdowano w ciele człowieka – to stąd wziął się słynny „Człowiek witruwiański” narysowany przez Leonarda da Vinci, przedstawiający nagiego mężczyznę wpisanego w koło i kwadrat. Myśliciele renesansu przenieśli tę koncepcję z pojedynczego budynku na całe miasto. Miasto miało przestać być przypadkowym zlepkiem domów, a stać się spójnym, racjonalnie zaplanowanym organizmem, w którym każda ulica, każdy plac i każdy budynek ma swoje ściśle określone, logiczne miejsce.
Włoscy teoretycy, tacy jak Leon Battista Alberti czy Antonio Averlino (znany jako Filarete, twórca koncepcji miasta Sforzinda), kreślili plany miast na planie wielokątów foremnych, z centralnym placem, od którego promieniście rozchodzą się ulice. Ulice miały być szerokie i proste, aby wiatr mógł je przewietrzać, co miało zapobiegać zarazom szerzącym się w średniowiecznych, dusznych zaułkach. Ważny był również aspekt obronny – rozwój artylerii sprawił, że wysokie, cienkie mury średniowieczne stały się bezużyteczne. Nowe, idealne miasto musiało być otoczone potężnymi, niskimi fortyfikacjami bastionowymi, zaprojektowanymi z matematyczną precyzją, by eliminować martwe pola ostrzału.
Teoretyczne traktaty krążyły po europejskich dworach, budząc podziw, ale rzadko wychodziły poza fazę rysunków. Budowa miasta od podstaw wymagała gigantycznych nakładów finansowych i pustej przestrzeni. Tę przestrzeń, w sercu swoich włości zwanych Ordynacją Zamojską, znalazł potężny magnat Rzeczypospolitej.
Spotkanie gigantów: Jan Zamoyski i Bernardo Morando
Jan Zamoyski nie był zwykłym szlachcicem. Był to człowiek o niezwykłym intelekcie, wykształcony na najlepszych uniwersytetach Europy, w tym w Paryżu, Strasburgu i włoskiej Padwie, gdzie pełnił nawet zaszczytną funkcję rektora studentów prawa. To we Włoszech przesiąkł ideami renesansu, humanistycznym umiłowaniem wiedzy i podziwem dla klasycznej architektury. Po powrocie do Polski jego kariera potoczyła się błyskawicznie. Został najbliższym doradcą króla Stefana Batorego, kanclerzem wielkim koronnym (odpowiednikiem dzisiejszego premiera) i hetmanem wielkim koronnym (naczelnym wodzem armii). Stał się drugą po królu osobą w państwie, a jego majątek dorównywał budżetom wielu ówczesnych europejskich państw.
Zamoyski pragnął stworzyć stolicę dla swojego gigantycznego latyfundium – miasto, które byłoby pomnikiem jego potęgi, nowoczesną twierdzą, centrum gospodarczym i prężnym ośrodkiem kultury oraz nauki. Chciał miasta, które przyćmiłoby wszystko, co dotychczas zbudowano w Rzeczypospolitej. Do realizacji tego ambitnego zadania potrzebował genialnego wykonawcy. Znalazł go w osobie Bernardo Morando.
Morando pochodził z Padwy – miasta, do którego Zamoyski żywił ogromny sentyment z czasów studenckich. Jako architekt przybył do Polski na początku lat 60. XVI wieku i szybko zyskał uznanie. Kiedy Zamoyski zlecił mu zaprojektowanie nowej stolicy w 1578 roku, Morando stanął przed życiową szansą. Otrzymał nieograniczone fundusze, pusty teren u ujścia rzeki Łabuńki i wolną rękę w realizacji najbardziej nowatorskich włoskich koncepcji urbanistycznych.
Współpraca tych dwóch niezwykłych umysłów zaowocowała powstaniem miasta z niczego. Akt lokacyjny Zamościa został wydany w 1580 roku, a budowa ruszyła pełną parą. Co fascynujące, plan Morando nie był sztywną kopią jednego z włoskich traktatów. Architekt połączył idealne proporcje geometryczne z warunkami terenowymi (koniecznością wykorzystania rzek i bagien do obrony) oraz specyficznymi potrzebami wielkiego hetmana. Stworzył układ urbanistyczny, który przeszedł do historii jako dzieło wybitne i kompletne.
Anatomia doskonałości, czyli Zamość jako żywy organizm
Aby w pełni pojąć geniusz Zamościa, trzeba spojrzeć na jego oryginalny plan z lotu ptaka. Koncepcja Morando opierała się na niezwykle popularnej w renesansie idei antropomorficznej. Miasto zostało zaprojektowane tak, aby odzwierciedlać budowę anatomiczną ludzkiego ciała. To nie była tylko poetycka metafora, ale rygorystycznie przestrzegana zasada przestrzenna, która zadecydowała o układzie głównych budynków i ulic.
Głową tego miejskiego organizmu był Pałac Zamoyskich. Rezydencja założyciela została celowo odsunięta od centrum, umiejscowiona na osi podłużnej miasta, oddzielona od reszty zabudowań własnymi murami. Była to głowa – centrum decyzyjne, umysł zarządzający całym ciałem, odseparowany od gwaru codziennego życia, ale czuwający nad nim.
Kręgosłupem miasta stała się ulica Grodzka, biegnąca wzdłuż głównej osi wschód-zachód, łącząca pałac (głowę) z głównym rynkiem. To wokół tego kręgosłupa budowano całą symetrię układu.
Sercem i płucami Zamościa był Rynek Wielki – główny plac targowy i miejsce spotkań, tętniące życiem centrum handlu i relacji społecznych. To tu przecinały się najważniejsze arterie, tu biło handlowe i obywatelskie tętno miasta.
Oprócz Rynku Wielkiego, miasto posiadało dwa mniejsze rynki: Wodny i Solny, które w tej anatomicznej metaforze odgrywały rolę istotnych organów wewnętrznych, wspierających funkcjonowanie całości (obsługujących specyficzne gałęzie handlu i życia mieszkańców).
Z kolei potężne bastiony twierdzy, otaczające miasto obwodem na planie nieregularnego siedmioboku, symbolizowały kończyny – potężne ramiona i nogi, które chroniły delikatne wnętrze przed zewnętrznym zagrożeniem.
Ten antropomorficzny układ nie służył jedynie zaspokojeniu estetycznych ambicji. Miał głębokie znaczenie filozoficzne i polityczne. Zamoyski, jako ojciec założyciel i głowa państwa (w mikroskali swojej Ordynacji), umiejscowił się w roli intelektualnego i decyzyjnego centrum. Miasto miało funkcjonować w harmonii, tak jak zdrowe ludzkie ciało, w którym wszystkie organy współpracują dla wspólnego dobra, kierowane przez mądry umysł.
Geometryczna precyzja i harmonia proporcji
Oprócz metafory ciała, o mianie „miasta idealnego” decyduje matematyczna spójność Zamościa. Bernardo Morando opierał się na ścisłych proporcjach i powielaniu modułów. Wszystko tutaj zostało wyliczone z niezwykłą precyzją, z wykorzystaniem dawnych miar, w tym lokalnego łokcia.
Główna oś kompozycyjna miasta (wspomniany kręgosłup) wyznaczała kierunek budowy. Całe miasto zostało zamknięte w prostokącie o wymiarach mniej więcej 600 na 400 metrów. Co więcej, siatka ulic przecinała się pod kątem prostym, dzieląc przestrzeń na równe bloki zabudowy.
Najlepiej tę matematyczną perfekcję widać na Rynku Wielkim. Plac ten jest idealnym kwadratem o boku długości 100 metrów. To imponująca, rozległa przestrzeń, która nawet dziś, w dobie nowoczesnych metropolii, zachwyca swoimi proporcjami. Wokół tego kwadratu wytyczono równe działki budowlane pod kamienice. Każda z nich miała mieć podobną wysokość i koniecznie – charakterystyczne podcienia, co miało zapewnić ciągłość i jednolitość pierzei rynkowych.
Fascynującym elementem kompozycji jest położenie Ratusza. W tradycyjnych miastach średniowiecznych, a także w wielu projektach renesansowych, budynek władz miejskich stawiano na samym środku głównego placu. W Zamościu jest inaczej. Wspaniały, majestatyczny Ratusz został wypchnięty z centralnego punktu i wkomponowany w północną pierzeję Rynku, delikatnie wysuwając się przed linię kamienic. Dlaczego Morando podjął taką decyzję? Był to celowy zabieg ideologiczny podyktowany przez Zamoyskiego. Budynek samorządu miejskiego, choć reprezentacyjny, nie mógł konkurować z „głową” układu – rezydencją hetmana. Oś widokowa musiała pozostać wolna, a centrum placu puste, co jednoznacznie wskazywało, kto jest ostatecznym władcą tego idealnego świata. Zamoyski oddał miastu samorząd, ale w sferze symboliki architektonicznej nie pozostawił wątpliwości co do hierarchii.
Nawet Katedra w Zamościu (pierwotnie Kolegiata), ufundowana przez Zamoyskiego jako wotum dziękczynne za zwycięstwa militarne, została zaprojektowana w oparciu o niezwykle skomplikowane zależności liczbowe, inspirowane bezpośrednio architekturą włoską. Jej rzut pomniejszony piętnastokrotnie dawał rzut Rynku Wielkiego, a proporcje nawy głównej, naw bocznych i wysokości sklepień tworzyły muzyczną harmonię, zamrożoną w kamieniu i cegle.
„Padwa Północy” – skąd wziął się zamojski styl?
Architektura Zamościa to bezpośredni powód, dla którego przylgnęło do niego określenie „Padwy Północy”. Zamoyski, pragnąc odtworzyć klimat swoich ukochanych Włoch na polskiej ziemi, sprowadził z Italii nie tylko głównego architekta, ale i całe rzesze rzemieślników, muratorów i sztukatorów. Wraz z lokalnymi rzemieślnikami stworzyli oni unikalną mieszankę stylistyczną.
Wędrując po Zamościu, trudno opędzić się od wrażenia, że przenieśliśmy się do włoskiego Veneto. Najbardziej uderzającym elementem są arkadowe podcienia. Zamoyski nakazał, aby wszystkie kamienice wokół rynków i przy głównych ulicach posiadały podcienia. Chroniły one kupców i przechodniów przed deszczem oraz palącym słońcem, umożliwiały handel na zewnątrz niezależnie od pogody, a z estetycznego punktu widzenia nadawały ulicom niesamowitej spójności, głębi i rytmu. Podobne rozwiązania są znakiem rozpoznawczym wielu włoskich miast, w tym właśnie Padwy czy Bolonii.
Kolejnym niezwykłym elementem są attyki. Kiedy popatrzymy na dach zamojskiego Ratusza czy kamienic ormiańskich, zobaczymy, że nie mają one tradycyjnych, stromych dachów widocznych od frontu. Zamiast tego dachy są ukryte za dekoracyjnymi, często ażurowymi i bogato zdobionymi ściankami zwanymi attykami. Pełniły one funkcję praktyczną (zapobiegały rozprzestrzenianiu się pożarów, które były zmorą dawnych miast) oraz estetyczną (dodawały budynkom smukłości i lekkości). Attyka zamojska stała się tak charakterystyczna, że zaczęła promieniować na cały region, dając początek stylowi nazywanemu renesansem lubelskim.
Wspaniałe Kamienice Ormiańskie, z ich jaskrawymi kolorami (czerwień, zieleń, błękit, żółć) i bogato zdobionymi fasadami (często przy użyciu techniki sgraffito i misternych płaskorzeźb przedstawiających motywy roślinne, mityczne zwierzęta czy patronów właścicieli), są dowodem na to, że renesansowy Zamość nie był szary i surowy, lecz tętnił kolorami południa. Ornamentyka tych kamienic łączy w sobie wpływy włoskiego manieryzmu z wschodnim, orientalnym przepychem, co idealnie oddaje charakter miasta leżącego na skrzyżowaniu kultur.
Ratusz, z jego potężnymi, wachlarzowymi schodami (dobudowanymi w dobie baroku) i strzelistą wieżą, do dziś stanowi jeden z najpiękniejszych obiektów użyteczności publicznej w Europie. Jego bryła emanuje dumą i bogactwem dawnych mieszczan, jednocześnie idealnie wpisując się w rygorystyczny plan Moranda.
Twierdza nie do zdobycia: Zbroja idealnego miasta
Miasto idealne nie mogłoby istnieć długo w niespokojnych realiach nowożytnej Europy Wschodniej, gdyby nie zostało odpowiednio zabezpieczone. Zamość był nie tylko rezydencją i ośrodkiem handlu, ale od samego początku powstawał jako najnowocześniejsza, najpotężniejsza twierdza w Rzeczypospolitej. Była to „zbroja” założona na renesansowy, żywy organizm.
Morando zastosował najnowocześniejszy wówczas, wywodzący się z Włoch system nowowłoski (tzw. trace italienne). Średniowieczne, wysokie mury z basztami odeszły do lamusa – armaty potrafiły je roztrzaskać w kilka dni. Zamość otoczono potężnymi, niskimi i potężnie pogrubionymi wałami ziemnymi obłożonymi cegłą, które potrafiły absorbować uderzenia kul armatnich. W regularnych odstępach, w kątach wieloboku, umieszczono siedem potężnych bastionów – stanowisk artyleryjskich, wysuniętych przed linię murów. Taki układ pozwalał na prowadzenie skutecznego ognia krzyżowego i bocznego, eliminując całkowicie tzw. martwe strefy, w których wróg mógłby ukryć się przed wzrokiem obrońców.
Dostępu do miasta broniła również inżynieria wodna. Zamość wzniesiono na terenach bagnistych. Spiętrzono wody rzek Łabuńki i Topornicy, tworząc ogromny zalew otaczający mury od południa i zachodu, oraz szerokie, głębokie fosy z pozostałych stron. Do miasta prowadziły tylko trzy pilnie strzeżone bramy: Lubelska, Lwowska i Szczebrzeska.
Skuteczność tych założeń została wielokrotnie wystawiona na brutalną próbę. W 1648 roku pod mury idealnego miasta podeszły potężne wojska kozackie i tatarskie pod wodzą Bohdana Chmielnickiego. Po długim, wyczerpującym oblężeniu Chmielnicki musiał odstąpić od szturmu – zadowolił się okupem, bo wiedział, że twierdzy zbrojnie nie zdobędzie. Jeszcze cięższa próba nadeszła w 1656 roku w czasie potopu szwedzkiego. Pod Zamość podciągnęła niepokonana dotąd, znakomicie wyekwipowana armia szwedzka pod dowództwem samego króla Karola X Gustawa. Zamość był jedną z zaledwie trzech twierdz na ziemiach polskich (obok Jasnej Góry i Gdańska), które zdołały odeprzeć szwedzką nawałnicę. Geometryczna precyzja bastionów, mury grube na kilkanaście metrów i strategiczne położenie okazały się skuteczne. Zamość pozostał niezdobyty. Koncepcja renesansowego miasta-twierdzy odniosła spektakularny triumf.
Społeczny eksperyment: Wielokulturowa utopia w praktyce
Zamoyski, jako wybitny humanista, rozumiał, że nawet najwspanialsze ulice i mury będą jedynie martwą dekoracją, jeśli miasto nie zostanie wypełnione odpowiednimi ludźmi. Architektoniczny model „miasta idealnego” wymagał idealnych obywateli – przedsiębiorczych, bogatych i wnoszących różnorodne umiejętności. Założyciel Zamościa postanowił przeprowadzić wielki eksperyment społeczny, tworząc przestrzeń otwartą na innowacje i rzemiosło z całego świata.
Zamoyski nie polegał jedynie na lokalnych chłopach i drobnych kupcach. Podobnie jak ściągnął architekta z Włoch, tak samo zaczął sprowadzać do swojego nowo budowanego grodu ekspertów z najodleglejszych zakątków. Wydał serię przywilejów lokacyjnych, w których gwarantował przybyszom wolność wyznania, szerokie prawa samorządowe, ulgi podatkowe, a w niektórych przypadkach nawet darmowe materiały na budowę domów.
Sercem gospodarczego sukcesu Zamościa stali się Ormianie. Ci niezwykle zdolni kupcy, mający doskonałe kontakty na Wschodzie, sprowadzali do miasta luksusowe towary: jedwabie, wschodnie przyprawy, broń i dywany. To im Zamoyski przyznał zaszczytne miejsce we wschodniej pierzei Rynku Wielkiego, gdzie wznieśli swoje wspaniałe, kolorowe kamienice, z których miasto słynie do dziś. Ormianie, choć zachowali swoją tożsamość i religię, stali się lojalnymi i bogatymi obywatelami miasta.
Do Zamościa licznie ściągali również Grecy, którzy zmonopolizowali lukratywny handel małmazją (słodkim winem greckim). Pojawili się Żydzi sefardyjscy (wypędzeni wcześniej z Półwyspu Iberyjskiego) i aszkenazyjscy, którzy wnieśli kapitał, umiejętności rzemieślnicze oraz wkrótce otworzyli słynne drukarnie i wybudowali piękną synagogę, stanowiącą dziś perłę architektury wschodnioeuropejskiej. W mieście osiedlali się także Włosi, Szkoci, Niemcy, a nawet Holendrzy.
Dzięki tej mądrej, tolerancyjnej polityce, w ciągu zaledwie kilku dekad Zamość stał się tyglem kulturowym i potęgą handlową, przez którą przetaczały się karawany z całego ówczesnego świata. Prawosławne cerkwie stały w sąsiedztwie katolickiej kolegiaty, żydowskiej bożnicy i kościoła ormiańskiego. Dźwięki różnych języków mieszały się w podcieniach Rynku. Zamość udowadniał, że mądra tolerancja to klucz do dobrobytu, a miasto idealne może funkcjonować tylko w atmosferze wolności.
Zamojska Akademia: Umysł miasta idealnego
Koncepcja miasta renesansowego nie mogła ograniczać się do ekonomii i obronności. Miasto musiało promieniować wiedzą. Jan Zamoyski, sam będąc człowiekiem niezwykle światłym, rozumiał, że przyszłość kraju zależy od jakości wykształcenia jego elit. Słynne stały się jego słowa zawarte w akcie fundacyjnym lokalnej uczelni: „Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie”.
W 1594 roku, w zachodniej części miasta, powołano do życia Akademię Zamojską. Była to trzecia uczelnia wyższa na ziemiach polskich (po krakowskiej i wileńskiej), zorganizowana na wzór uniwersytetu w Padwie i Strasburgu. Jej zadaniem było kształcenie warstwy urzędniczej dla całego państwa, otwartej na nowoczesne idee prawne, filozoficzne i medyczne. Zamoyski sprowadzał najwybitniejszych profesorów, wyposażył uczelnię we własną drukarnię i stworzył ogromną bibliotekę.
Akademia funkcjonowała przez ponad dwa stulecia i choć z czasem jej ranga spadła, w pierwszych dekadach swojego istnienia sprawiła, że Zamość stał się ważnym punktem na naukowej mapie Europy. Dopełniła ona wizję miasta kompletnego, w którym zaspokajane są potrzeby nie tylko ciała (handel), poczucia bezpieczeństwa (twierdza) i ducha (kolegiata), ale również intelektu.
Dziedzictwo utopii w trudnych czasach i droga do UNESCO
Historia nie była jednak łaskawa dla polskiego państwa, a tym samym i dla Zamościa. Po świetlanych dekadach rozwoju przyszły czasy upadku, wojen i zaborów. Zamość trafiał w ręce austriackie, potem znalazł się w zaborze rosyjskim.
W XIX wieku miasto zostało pozbawione dawnego, wolnościowego i kupieckiego charakteru, stając się posępną twierdzą garnizonową. Przepiękny Pałac Zamoyskich został brutalnie przebudowany, ogołocony z renesansowych dekoracji i zamieniony na surowy szpital wojskowy – w takiej, zniekształconej bryle dotrwał zresztą do naszych czasów, co stanowi największą stratę architektoniczną w układzie dawnego Zamościa. Wiele attyk na kamienicach zniszczono, a miasto podupadało w cieniu wielkich, rewolucyjnych przemian przemysłowych, które ominęły ten region. W XX wieku Zamość przeżył dramat II wojny światowej i wstrząsającą tragedię Dzieci Zamojszczyzny – masowe wysiedlenia i germanizację prowadzoną przez okupanta.
Jednak paradoksalnie, fakt, że w XIX wieku Zamość ominęła gwałtowna rewolucja przemysłowa i szalony rozwój dzikiego kapitalizmu z jego fabrykami i wyburzeniami, uchronił renesansowy układ urbanistyczny przed całkowitym zatarciem. Gdy w XX wieku rozpoczęto kompleksowe prace renowacyjne, konserwatorzy zabytków mieli przed sobą miasto uśpione, wymagające potężnych nakładów finansowych, ale wciąż zachowujące swoją geometryczną duszę.
Odbudowa attyk, renowacja podcieni, a potem sukcesywna odbudowa obwodu dawnej twierdzy (Bastion VII, bramy, fosy) sprawiły, że Zamość zaczął odzyskiwać dawny blask. Prawdziwym zwieńczeniem tych wieloletnich starań było wpisanie Starego Miasta w Zamościu w 1992 roku na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Argumentacja komitetu była prosta i zwięzła: Zamość jest wyjątkowym i wybitnym na skalę europejską przykładem renesansowego miasta idealnego, zachowanym w swoim niemal pierwotnym rozplanowaniu przestrzennym.
Miasto, którego nie można przegapić
Dziś Zamość to nie tylko zabytek, martwe muzeum czy pożółkłe karty w podręcznikach architektury. To żywe miasto, które udowadnia, że idee Bernardo Morando sprawdzają się nawet 400 lat po ich nakreśleniu na pergaminie. Ludzka skala tego założenia – szerokie przestrzenie, w których człowiek nie czuje się przytłoczony (jak wśród nowojorskich wieżowców), zjawiskowe podcienia dające schronienie latem i zachęcające do przesiadywania w kawiarniach, spacerowe dystanse między głównymi punktami – to wszystko sprawia, że Zamość jest miastem przyjaznym.
Nazywanie go „Padwą Północy” jest w pełni uzasadnione. Odwiedzając to miejsce, spacerując po symetrycznym, skąpanym w słońcu Rynku Wielkim, dotykając gładkich kamieni ormiańskich płaskorzeźb i wpatrując się w majestatyczne schody ratusza, dotykamy zmaterializowanego snu. Snu renesansowych filozofów o przestrzeni, w której piękno wynika z proporcji, a matematyczny ład służy ludzkiemu szczęściu. Jan Zamoyski zażyczył sobie miasta idealnego – i to właśnie pozostawił po sobie dla kolejnych pokoleń.