Zamojskie legendy, o których nie przeczytasz w szkolnych podręcznikach

Zamojskie legendy, o których nie przeczytasz w szkolnych podręcznikach.

Zamość, nazywany często Perłą Renesansu, Padwą Północy lub Miastem Arkad, to miejsce, które na kartach podręczników historycznych jawi się jako tryumf ludzkiego rozumu, architektonicznego kunsztu i politycznej potęgi Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Uczymy się o genialnym kanclerzu i hetmanie wielkim koronnym Janie Zamoyskim, który zapragnął stworzyć miasto idealne. Uczymy się o Bernardo Morando, włoskim architekcie z Padwy, który tę śmiałą wizję przelał na plany, a potem w cegłę i kamień, kreśląc ulice z matematyczną precyzją, dbając o każdy detal rynków, kamienic i potężnych fortyfikacji. Uczymy się o potężnej Twierdzy Zamość, która oparła się kozackim watahom Bohdana Chmielnickiego i szwedzkiemu potopowi, stając się jednym z nielicznych niezdobytych bastionów w najciemniejszych godzinach polskiej historii. Jednak to, co zapisano w oficjalnych kronikach, to zaledwie jasna strona medalu. Każde miasto, zwłaszcza tak wiekowe i tak przesiąknięte ludzkimi losami, posiada swoją drugą, ciemniejszą, bardziej mroczną i tajemniczą stronę. To strona utkana z szeptów, z opowieści przekazywanych z pokolenia na pokolenie, z ludowych wierzeń i niewyjaśnionych zjawisk, które po zmroku, gdy gasną latarnie na Rynku Wielkim, zdają się ożywać w cieniu podcieni. Zamojskie legendy, o których nie przeczytasz w szkolnych podręcznikach, to fascynująca podróż w głąb duszy tego miasta. To opowieści, w których prawda historyczna miesza się z magią, ludzkie namiętności z nadprzyrodzonymi interwencjami, a wielka polityka z drobnymi, ale jakże dramatycznymi losami zwykłych mieszkańców.

Zacznijmy naszą wędrówkę od opowieści, która choć ma w sobie ziarno historycznej prawdy, obrosła przez stulecia w tak niesamowite detale, że stała się wręcz mitem założycielskim zamojskiej dumy. Mowa oczywiście o słynnym stole szwedzkim, ale nie w kontekście kulinarnym, jaki znamy dzisiaj, lecz w kontekście wielkiego upokorzenia, jakiego z rąk zamojskiego ordynata doznał król Szwecji, Karol X Gustaw. Był rok tysiąc sześćset pięćdziesiąty szósty. Rzeczpospolita krwawiła, zalana szwedzkim potopem. Wojska najeźdźcy paliły i grabiły wszystko na swojej drodze, a kolejne zamki i miasta padały niczym domki z kart. W końcu potężna armia szwedzka pod osobistym dowództwem króla Karola X Gustawa stanęła pod murami Twierdzy Zamość. Panem na Zamościu był wówczas wnuk założyciela, Jan Sobiepan Zamoyski, człowiek o niebywałej ambicji, dumie i charakterze tak twardym, jak mury jego rodowego gniazda. Szwedzki król, widząc potęgę fortyfikacji, wiedział, że oblężenie będzie długie, kosztowne i prawdopodobnie z góry skazane na porażkę. Postanowił więc użyć fortelu. Wysłał do Zamoyskiego posłów z niezwykle kurtuazyjną wiadomością, w której wyraził pragnienie zjedzenia śniadania z ordynatem w jego pałacu, wewnątrz murów twierdzy. Była to oczywista pułapka. Gdyby Zamoyski otworzył bramy dla króla i jego orszaku, Szwedzi mogliby zdradziecko opanować miasto. Odmowa z kolei mogłaby zostać potraktowana jako śmiertelna zniewaga i pretekst do krwawego szturmu. Sobiepan, którego przydomek nie wziął się znikąd, znalazł rozwiązanie iście genialne i niesamowicie bezczelne. Zgodził się ugościć króla, ale nie w pałacu, lecz poza murami miasta, pod szwedzkimi namiotami, na swoich własnych warunkach. Nakazał swoim sługom wynieść za mury najwspanialsze dębowe stoły, nakryć je najdroższymi adamaszkowymi obrusami i zastawić jadłem tak wyszukanym, że sam król Francji nie powstydziłby się takiej uczty. Były tam pieczone bażanty, dziki, góry owoców, kandyzowane przysmaki i najdroższe węgierskie wina w kryształowych pucharach. Kiedy król Karol X Gustaw przybył na miejsce, jego oczy rozbłysły na widok tego przepychu. Jednakże, gdy zamierzał zasiąść do stołu, zorientował się, że coś jest nie tak. Wokół wspaniale zastawionych stołów nie było ani jednego krzesła, ani jednej ławy, żadnego zydla. Szwedzcy oficerowie patrzyli po sobie zdezorientowani. Król wpadł w furię, rozumiejąc aluzję. Jan Sobiepan Zamoyski wysłał mu w ten sposób jasny sygnał: możecie jeść z mojego stołu, bo jestem gościnnym gospodarzem, ale w Zamościu nie usiądziecie. Zamość przed wami nie klęknie i nie spoczniecie tu jako panowie. Upokorzony król musiał jeść na stojąco, opierając się o stół lub trzymając talerze w dłoniach, co dla ówczesnego monarchy było niewyobrażalną obrazą. Legenda głosi, że wkrótce potem Szwedzi zwinęli obóz i odstąpili od oblężenia, a sformułowanie „szwedzki stół” na pamiątkę jedzenia na stojąco przeszło do historii, choć dziś mało kto pamięta o jego zamojskim, dumnym rodowodzie.

Gdy zapada noc, a gęsta mgła znad rzeki Łabuńki zaczyna otulać miasto, na Rynku Wielkim, najpiękniejszym renesansowym placu w Europie Środkowej, podobno można spotkać samotną sylwetkę. To legenda o duchu Bernardo Morando, genialnego architekta, który zaprojektował Zamość. Morando przybył do Polski z dalekiej Italii, przywożąc ze sobą marzenie o stworzeniu miasta idealnego, opartego na filozoficznych założeniach renesansu, gdzie harmonia, proporcje i piękno miały odzwierciedlać boski porządek wszechświata. Jan Zamoyski dał mu wolną rękę i nieograniczone fundusze. Morando pracował bez wytchnienia. Każda ulica, każdy kąt nachylenia murów, proporcje ratuszowej wieży i rozkład kamienic zostały przez niego wyliczone z matematyczną perfekcją. Zamość stał się jego życiowym dziełem, jego największą miłością i obsesją. Włoch zmarł w Zamościu i został pochowany w kryptach zamojskiej Kolegiaty, obecnej Katedry. Jednakże miejscowa ludność od stuleci szepcze, że jego dusza nigdy nie zaznała spokoju. Morando, opętany wizją doskonałości, podobno wciąż powraca na ulice swojego miasta. Zazwyczaj pojawia się w bezksiężycowe, jesienne noce. Mieszkańcy kamienic przy Rynku Wielkim przysięgają, że słyszeli ciche kroki na bruku, a gdy wyglądali przez okna, widzieli postać w długim, ciemnym płaszczu o kroju z szesnastego wieku. Zjawa trzyma w dłoniach dziwne, mosiężne instrumenty: cyrkiel, astrolabium i zwoje pergaminu. Duch architekta przemierza wzdłuż i wszerz Rynek, mierzy odległości od Ratusza do Kamienic Ormiańskich, sprawdza symetrię łuków w podcieniach, z niezadowoleniem kręcąc głową na widok wszelkich późniejszych, barokowych czy dziewiętnastowiecznych modyfikacji, które zaburzyły jego pierwotny plan. Podobno, jeśli ktoś odważy się do niego podejść, zjawa rozpływa się w mgle, zostawiając po sobie jedynie zapach starego papieru i wilgotnej, rzymskiej zaprawy murarskiej. Niektórzy przewodnicy twierdzą wręcz, że to właśnie dzięki tej nocnej, upiornej inspekcji Zamość do dziś zachował swój niemal nienaruszony układ urbanistyczny, gdyż każda próba drastycznej przebudowy kończyła się serią niewytłumaczalnych wypadków, pękających murów i katastrof budowlanych, jakby sam Morando zza grobu chronił swoje arcydzieło.

Skoro mowa o tajemnicach architektury, nie sposób pominąć mrocznych opowieści o zamojskich podziemiach. Twierdza Zamość to nie tylko widoczne na powierzchni potężne bastiony, nadszańce, kurtyny i fosy. To także gigantyczny, podziemny labirynt korytarzy, kazamatów i potern, które służyły żołnierzom do bezpiecznego przemieszczania się podczas ostrzału, a także jako magazyny prochu i amunicji. Jednak oficjalne plany twierdzy nie oddają ponoć całej prawdy. Wśród rdzennych zamościan od wieków krąży legenda o tak zwanych „Głębokich Korytarzach”, rozległej sieci tuneli, które miały łączyć Zamość z oddalonymi o wiele kilometrów miejscowościami, takimi jak Szczebrzeszyn, a nawet Krasnobród. Według podań, tunele te zostały wykopane na specjalne polecenie drugiego ordynata, Tomasza Zamoyskiego, z myślą o zapewnieniu drogi ewakuacyjnej dla rodziny ordynackiej w przypadku całkowitego upadku twierdzy. Legenda głosi, że korytarze te były tak szerokie, że mogła w nich swobodnie minąć się para koni ciągnąca karety. To właśnie w tych najgłębszych, nieodkrytych do dziś kryptach mają spoczywać bajeczne skarby ordynatów zamojskich. Złoto, srebro, klejnoty koronne i bezcenne księgi, które ukrywano tam podczas wojen szwedzkich i najazdów kozackich. Wielu śmiałków przez lata próbowało odnaleźć wejście do tych tuneli. Opowiada się historię o grupie ciekawskich gimnazjalistów w okresie międzywojennym, którzy weszli do podziemi w okolicach dzisiejszego nadszańca, zabierając ze sobą jedynie świece i kłębek sznurka. Według lokalnych przekazów zeszli tak głęboko, że poczuli lodowaty wiatr wiejący z wnętrza ziemi, a w oddali usłyszeli głuchy szum wody, być może podziemnego koryta Łabuńki. Nagle ich świece zgasły z sykiem, jakby zgaszone niewidzialną dłonią, a przeraźliwy ryk, nienależący do żadnego znanego zwierzęcia, zmusił ich do panicznej ucieczki. Zgubili sznurek i błądzili w ciemnościach przez wiele godzin, zanim udało im się odnaleźć wyjście tuż przy Rotundzie. Po tym wydarzeniu wejście, którym zeszli, rzekomo zostało zamurowane na polecenie władz. Inna wersja tej legendy mówi o tym, że skarbu pilnuje duch tatarskiego jeńca, który za życia został zmuszony do kucia tych korytarzy, a po ich ukończeniu zamordowany przez strażników, by nigdy nie wyjawił tajemnicy ich lokalizacji. Jego jęki mają być słyszalne w wietrzne, listopadowe noce w okolicach Bastionu VII.

Zamość to także miasto nauki, a sercem tej nauki była Akademia Zamojska, trzecia po krakowskiej i wileńskiej wyższa uczelnia w Rzeczypospolitej, założona w tysiąc pięćset dziewięćdziesiątym czwartym roku. Tam, gdzie nauka spotyka się z ludzką ciekawością, tam zawsze rodzą się legendy o zakazanej wiedzy. Nie inaczej było w Zamościu. W siedemnastym wieku, na jednym z wydziałów Akademii, podobno pracował profesor filozofii i medycyny, doktor Jan Władysław, postać nietuzinkowa i kontrowersyjna. Oprócz oficjalnych wykładów z arystotelizmu i medycyny opartej na pismach Galena, doktor miał prywatną pasję, której oddawał się w tajemnicy przed rektorem i duchowieństwem. Była to alchemia, poszukiwanie kamienia filozoficznego i eliksiru nieśmiertelności. Mówiono, że w piwnicach pod budynkiem Akademii zorganizował on w pełni wyposażone laboratorium, w którym dniami i nocami płonęły piece tyglowe, a w szklanych retorach bulgotały różnokolorowe substancje. Z kominów Akademii często miał ulatywać gryzący, siarczany dym, a studenci skarżyli się na dziwne huki dobiegające z podziemi. Legenda głosi, że pewnej burzowej nocy doktorowi wreszcie udało się przeprowadzić transmutację ołowiu w czyste, żywe złoto. Niestety, potężna energia wyzwolona w tym procesie otworzyła bramę do wymiaru demonicznego. Do laboratorium wdarła się istota z zaświatów. Kiedy przerażeni strażnicy miejscy, zaalarmowani oślepiającym błyskiem i wybuchem, zeszli do podziemi, znaleźli pomieszczenie całkowicie zdemolowane. Ściany były osmalone nienaturalnym, zielonym ogniem, piece roztrzaskane w drobny mak, a pośrodku pomieszczenia leżała garść najczystszego złota w kształcie idealnej ludzkiej czaszki. Po doktorze Janie Władysławie nie pozostał żaden ślad, poza wtopionym w kamienną posadzkę śladem jego skórzanego buta i wypalonym w drewnie symbolem przypominającym węża zjadającego własny ogon, Uroborosa. Laboratorium natychmiast zamurowano, a akta sprawy utajniono na polecenie biskupa chełmskiego. Do dziś jednak wśród studentów miejscowych uczelni krąży anegdota, że w czasie sesji egzaminacyjnej, jeśli usiądzie się w najciemniejszym kącie dziedzińca dawnej Akademii o północy, można usłyszeć cichy brzęk szkła i poczuć delikatny zapach siarki. Niektórzy wierzą, że duch alchemika wciąż próbuje dokończyć swoje dzieło, uwięziony pomiędzy światami za swoją pychę i igranie z prawami natury.

Kolejna, niezwykle barwna i mroczna legenda wiąże się z rynkami zamojskimi, a dokładnie z rynkiem Solnym i Wodnym. Zamość od początku swojego istnienia był miastem wielokulturowym, tyglem narodowościowym i religijnym. Obok Polaków żyli tu Żydzi, Ormianie, Grecy i Włosi. Przyciągały ich doskonałe warunki do handlu, przywileje nadane przez ordynata i bezpieczeństwo za murami twierdzy. Ormianie, słynący z handlu jedwabiem, przyprawami i dywanami, zgromadzili w mieście ogromne bogactwa, czego dowodem są do dziś przepiękne, bogato zdobione Kamienice Ormiańskie przy Rynku Wielkim. Z kolei Grecy specjalizowali się w handlu winem. Rynek Solny był miejscem intensywnego handlu, gwarnym, hałaśliwym i pełnym zapachów z całego świata. Właśnie z tym miejscem wiąże się legenda o Czarnym Psie. Według przekazów z osiemnastego wieku, pewien niezwykle bogaty i chciwy kupiec, powszechnie nielubiany za oszustwa na wadze i bezlitosne egzekwowanie długów, zgromadził ogromny majątek, który zakopał w żelaznych skrzyniach gdzieś pod brukiem Rynku Solnego. Kupiec ten bał się o swoje złoto tak bardzo, że przed śmiercią zaprzedał duszę diabłu w zamian za obietnicę, że jego skarb nigdy nie wpadnie w ręce ludzi. Po jego śmierci w mieście zaczęły dziać się dziwne rzeczy. W noce, kiedy miasto nawiedzały gęste mgły, na Rynku Solnym pojawiał się monstrualnych rozmiarów czarny pies o oczach płonących jak rozżarzone węgle. Bestia bezszelestnie patrolowała plac, a z jej pyska kapała cuchnąca piana. Każdy, kto próbował wejść w nocy na rynek w poszukiwaniu rzekomego skarbu, kończył tragicznie. Znajdowano rano śmiałków całkowicie osiwiałych, pozbawionych zmysłów, bełkoczących o rogatym potworze. Jedna z wersji tej opowieści mówi, że pewnego razu do Zamościa przybył młody, niezwykle odważny rzemieślnik, który postanowił zmierzyć się z bestią, by zdobyć złoto dla swojej ukochanej. Uzbrojony w poświęcony miecz i różaniec, stanął twarzą w twarz z demonem na środku Rynku Solnego. Walka trwała całą noc. Słychać było przeraźliwe warczenie i uderzenia metalu o bruk. O świcie, gdy zabiało, mieszkańcy znaleźli młodzieńca nieprzytomnego, ale żywego. Po psie nie było śladu, jednak połowa bruku na rynku była roztopiona niczym wosk, a w miejscu, gdzie rzemieślnik widział bestię po raz ostatni, ziała głęboka, czarna dziura. Złota nigdy nie znaleziono, a dół natychmiast zasypano, stawiając na nim na jakiś czas krzyż pokutny. Dziś na Rynku Solnym stoi pomnik, ale bynajmniej nie psa, a niektórzy starsi zamościanie wciąż ostrzegają dzieci, by po zapadnięciu zmroku nie biegały same po tym placu, bo upiorny stróż skarbu być może tylko uśpiony, a nie pokonany.

Czymże byłoby średniowieczne i renesansowe miasto bez mrocznej postaci miejskiego kata? Zamojski urząd katowski, zwanym też „Mistrzem Sprawiedliwości”, miał pełne ręce roboty. Zamość posiadał prawo miecza, co oznaczało, że sądy mogły orzekać kary śmierci i tortury. Miejsce kaźni, szubienica i pręgierz, znajdowały się początkowo na Rynku Wielkim, a później poza murami miasta. Legenda o zamojskim kacie to opowieść o miłości, zdradzie i klątwie krwi. W drugiej połowie siedemnastego wieku funkcję kata pełnił człowiek o imieniu Bartłomiej, postać potężnej postury, skrywająca twarz pod kapturem, z racji swojego zawodu omijana przez wszystkich z daleka. Kaci byli powszechnie pogardzani, nie mogli wchodzić do kościoła głównym wejściem i musieli pić z własnych kubków w karczmach. Bartłomiej był jednak człowiekiem o delikatniejszym sercu, niż wskazywałby na to jego krwawy fach. Pewnego dnia przed sąd ławniczy sprowadzono piękną, młodą mieszczkę, oskarżoną o czary i rzucanie uroków na zwierzęta sąsiadów. Oskarżenia były bezpodstawne, wynikały z zawiści i odrzuconych zalotów pewnego wpływowego rajcy. Niemniej jednak sąd skazał dziewczynę na śmierć przez ścięcie mieczem na Rynku. Bartłomiej, prowadząc ją na miejsce kaźni, spojrzał w jej zapłakane oczy i zakochał się bez pamięci. Zrozumiał, że ma wykonać wyrok na niewinnej. Gdy nadszedł moment egzekucji, zgromadzony tłum zamarł w oczekiwaniu. Kat uniósł swój ciężki, dwuręczny miecz, ale zamiast zadać śmiertelny cios, z całej siły uderzył brzeszczotem w kamienny bruk, łamiąc go na pół. Rzucił zbroczone krwią narzędzie pod stopy burmistrza, oświadczając głośno, że odmawia wykonania niesprawiedliwego wyroku i gotów jest ponieść za to karę. Zszokowani rajcowie nakazali strażom pojmać oboje. Bartłomiej i młoda kobieta zostali zamknięci w najciemniejszych lochach Ratusza, torturowani i ostatecznie straceni w tajemnicy, by nie wywoływać zamieszek. Jednak przed śmiercią Bartłomiej rzucił klątwę na miejsce swojej niedoszłej zbrodni. Przepowiedział, że krew niewinnych zawsze będzie plamić to miasto. Od tego czasu, według legendy, w każdą rocznicę ich śmierci, tuż obok majestatycznych schodów ratuszowych, na kamiennym bruku pojawia się ciemnoczerwona, wilgotna plama, która przypomina świeżą krew. Żaden deszcz nie jest w stanie jej zmyć, a słońce jej nie wysusza. Pojawia się znikąd i znika o świcie. Co więcej, w pobliżu tego miejsca, po zmierzchu, niektórzy słyszą cichy, metaliczny dźwięk, jakby zgrzyt pękającego miecza katowskiego. Wiekowe podania ostrzegają, że kto przypadkiem nadepnie na tę niewidzialną dla większości, widmową plamę, tego spotka wielkie nieszczęście w miłości i zostanie oskarżony o czyny, których nigdy nie popełnił.

Należy również wspomnieć o legendzie związanej z wodą, żywiołem, który od zawsze fascynował i przerażał ludzi. Zamość otoczony jest wodami i mokradłami, które w przeszłości stanowiły naturalną zaporę obronną. Przez miasto przepływa niewielka rzeka Łabuńka, wokół której narosło mnóstwo lokalnych mitów. Najbardziej znana to opowieść o zatopionym dzwonie, znana jako „Legenda o Złotym Dzwonie z Łabuńki”. Cofa nas ona do najmroczniejszych lat w historii wschodnich kresów, do czasów niszczycielskich najazdów tatarskich. Gdy czambuły tatarskie zbliżały się do Zamościa, grabiąc okoliczne wsie i porywając ludzi w jasyr, mieszkańcy wpadli w panikę. Oprócz ukrycia się za bezpiecznymi murami twierdzy, pragnęli ocalić swoje najcenniejsze świętości. W jednym z przedmiejskich kościołów znajdował się niezwykły dzwon. Został on ufundowany przez bogatego włoskiego kupca jako wotum dziękczynne za ocalenie z zarazy. Dzwon ten, według podań, był odlanym z unikalnego stopu brązu ze znaczną domieszką szczerego złota, co nadawało mu brzmienie tak czyste i przejmujące, że słychać go było w sąsiednich miasteczkach, a jego dźwięk miał cudowną moc odpędzania burz i gradobić. W obliczu tatarskiego zagrożenia, proboszcz wraz z kilkoma zaufanymi parafianami podjął dramatyczną decyzję. Pod osłoną nocy zdjęli potężny dzwon z wieży, załadowali na wóz i powoli, w absolutnej ciszy, zjechali nad brzeg Łabuńki, w miejscu, gdzie rzeka tworzyła najgłębsze i najbardziej zdradliwe zakole, porośnięte gęstymi trzcinami. Tam wrzucili dzwon do ciemnej toni, wierząc, że woda ukryje go przed chciwymi oczami najeźdźców. Tatarzy faktycznie splądrowali przedmieścia i kościół, ale dzwonu nie znaleźli. Niestety, proboszcz i mężczyźni, którzy znali miejsce ukrycia skarbu, zginęli w walce lub zostali uprowadzeni w niewolę. Tajemnica spoczęła na dnie rzeki. Po wojnie próbowano odnaleźć dzwon, nurkowano w mętnych wodach, przeczesywano dno hakami, ale wszystko na próżno. Złoty dzwon zniknął bez śladu. Jednak legenda mówi, że wcale nie przestał bić. Raz w roku, w noc Świętego Jana, kiedy magia osiąga swoją najwyższą moc, z głębin Łabuńki wydobywa się przytłumiony, głuchy, ale niezwykle melodyjny dźwięk bicia dzwonu. Dźwięk ten wibruje pod powierzchnią wody, tworząc kręgi na rzece i niosąc się echem po pobliskich łąkach. Zamojskie podania twierdzą, że dzwon odezwie się w pełni swoim cudownym głosem, uwalniając się spod tafli wody tylko w jeden, konkretny dzień. Stanie się to wtedy, gdy miastu będzie grozić ostateczna, niewyobrażalna zagłada, a jego potężne, złote uderzenia zbudzą obrońców miasta ze wszystkich minionych epok, włączając w to samego Jana Zamoyskiego, by stanęli do ostatniej bitwy o Perłę Renesansu. Do tego czasu dzwon spoczywa w mule, a starsze kobiety spacerujące brzegiem rzeki czasem zatrzymują się, zamykają oczy i nasłuchują, czy z głębin nie dobiega ten mityczny rezonans historii.

Wreszcie, jest jeszcze jedna historia, może najmniej spektakularna w sensie grozy, ale niesamowicie oddziałująca na wyobraźnię odwiedzających zamojskie fortyfikacje. Jest to legenda o Płaczącej Kurtynie na Nadszańcu. Wiąże się z tragicznym losem jeńców, którzy byli wykorzystywani do katorżniczej pracy przy rozbudowie murów twierdzy w dziewiętnastym wieku, za czasów zaboru rosyjskiego. Kiedy twierdza traciła na swoim znaczeniu militarnym i stała się ponurym więzieniem o zaostrzonym rygorze, a Zamość zamienił się w twierdzę carską, do najcięższych prac budowlanych zmuszano więźniów politycznych, często polskich patriotów zesłanych tu z innych części kraju, a także pospolitych zbrodniarzy. Warunki były nieludzkie. Praca trwała od świtu do nocy, o głodzie, w błocie, przy świszczących biczach kozackich strażników. Kto opadł z sił i upadł z ogromnym głazem na plecach, często był tam pozostawiany na śmierć. Legenda głosi, że rosyjscy inżynierowie wojskowi byli na tyle bezwzględni, że kazali zamurowywać żywcem w nowo powstających murach kurtyn tych więźniów, którzy zmarli z wycieńczenia na placu budowy. Ciała traktowano jako tanie spoiwo, oszczędzając na miejscach pochówku i czasie. Oficjalne zapisy milczą na ten temat, ale mroczna pamięć ludu przetrwała. Podobno w jednej z potężnych, ceglanych ścian w pobliżu obecnego punktu widokowego na Nadszańcu, znajduje się miejsce zwane Płaczącą Kurtyną. W deszczowe i mgliste dni, niezależnie od temperatury, z fug między czerwonymi cegłami sączy się tam dziwna, słonawa woda, pozostawiająca na murze zacieki przypominające rozmazane łzy. Niektórzy przewodnicy turystyczni opowiadają ze zniżonym głosem, że jeśli ktoś przyłoży ucho do tych chłodnych cegieł o północy, może usłyszeć przytłumione zawodzenie, zgrzytanie zębów i cichy stukot łańcuchów. To uwięzione w strukturze miasta dusze zmarłych z wycieńczenia budowniczych miałyby w ten sposób upominać się o pamięć i godny pochówek. Mur ten ma emanować niewytłumaczalnym, przejmującym chłodem nawet w upalne, sierpniowe dni. Jest to ciche memento dla wszystkich odwiedzających miasto idealne, przypomnienie, że pod pięknem renesansowych i klasycystycznych form kryje się pot krew i cierpienie tysięcy bezimiennych ludzi, których ręce układały te mury.

Te wszystkie legendy – od dumnego biesiadowania na stojąco, przez widmowego architekta, alchemiczne eksperymenty, tajemnicze podziemia, upiornego psa, po klątwę kata, zatopiony dzwon i płaczące mury – tworzą niezwykłą, metafizyczną tkankę Zamościa. Sprawiają, że miasto to przestaje być jedynie muzeum architektury na świeżym powietrzu, zbiorem suchych dat zapisanych na turystycznych tablicach informacyjnych, a staje się organizmem żywym, pulsującym tajemnicami. Każdy stary zaułek, każde zacienione wejście do kamienicy, każda chłodna kazamata w nadszańcu kryje w sobie potencjał opowieści nie z tego świata. Kiedy następnym razem odwiedzisz Padwę Północy, nie spiesz się. Zamiast przebiegać z aparatem fotograficznym od ratusza do katedry w blasku południowego słońca, zostań na starówce nieco dłużej. Poczekaj, aż turyści wrócą do hoteli, aż zgasną światła w kawiarniach, a jesienna mgła zacznie snuć się wąskimi uliczkami wychodzącymi z Rynku Wielkiego. Wtedy usiądź na chwilę pod arkadami, zamknij oczy i wsłuchaj się w szum wiatru w załomkach potężnej twierdzy. Być może usłyszysz wtedy cichy stukot cyrkla o bruk, poczujesz ledwo wyczuwalny zapach siarki lub ujrzysz w cieniu przemykającą sylwetkę mistrza sprawiedliwości. Zamość wciąż opowiada swoje historie, trzeba tylko umieć, i mieć odwagę, by ich wysłuchać.