Zamość w czasie II wojny światowej: Karty historii Dzieci Zamojszczyzny.

Wstęp: Cienie nad Miastem Idealnym
Zamość, urokliwe miasto na południowym wschodzie Polski, znane na całym świecie jako „Padwa Północy” oraz perła renesansowej architektury, przez stulecia zachwycało swoim harmonią i pięknem. Zaprojektowane w szesnastym wieku przez włoskiego architekta Bernardo Morando na zlecenie potężnego hetmana Jana Zamoyskiego, miało być w zamyśle miastem idealnym, miejscem, w którym kwitnie handel, nauka, kultura i tolerancja. Przez wieki mury twierdzy zamojskiej chroniły mieszkańców przed najazdami, a miasto rozwijało się jako tygiel wielokulturowy, w którym zgodnie żyli Polacy, Żydzi, Ormianie i Grecy. Jednakże we wrześniu 1939 roku, wraz z wybuchem II wojny światowej, nad tym utopijnym projektem architektonicznym zawisły najczarniejsze chmury w jego historii. Zamość miał stać się areną jednego z najbardziej okrutnych, bezdusznych i metodycznych eksperymentów inżynierii społecznej i rasowej w dziejach ludzkości. To tutaj, na żyznych ziemiach Roztocza i Wyżyny Lubelskiej, nazistowskie Niemcy postanowiły wdrożyć w życie pierwszy etap swojego monstrualnego planu, znanego jako Generalplan Ost. W centrum tego niewyobrażalnego dramatu znalazły się najbardziej bezbronne istoty – dzieci, które historia zapamięta na zawsze jako Dzieci Zamojszczyzny.
Pierwsze dni okupacji i zmiana władzy
Wojna dotarła do Zamościa bardzo szybko. Już w pierwszych dniach września miasto stało się celem brutalnych bombardowań niemieckiego lotnictwa (Luftwaffe), które celowało nie tylko w węzły komunikacyjne, ale i w obiekty cywilne, siejąc panikę i zniszczenie. Po kilkunastu dniach chaosu i rozpaczliwej obrony, do miasta wkroczyły jednak nie wojska niemieckie, a Armia Czerwona, realizując w ten sposób tajny protokół paktu Ribbentrop-Mołotow, który dzielił terytorium Rzeczypospolitej Polskiej między dwa totalitaryzmy. Krótka, trwająca zaledwie dwa tygodnie okupacja radziecka była dla wielu mieszkańców szokiem, ale prawdziwy koszmar miał dopiero nadejść. Zgodnie z późniejszymi ustaleniami granicznymi między III Rzeszą a Związkiem Radzieckim (tzw. traktat o granicach i przyjaźni), Zamość i cała Zamojszczyzna przypadły w udziale Niemcom. W październiku 1939 roku do miasta wkroczył Wehrmacht, a wkrótce po nim struktury Gestapo i SS. Zamość został włączony do nowo utworzonego Generalnego Gubernatorstwa, stając się stolicą jednego z powiatów w dystrykcie lubelskim.
Od samego początku niemiecka administracja przystąpiła do bezwzględnego terroryzowania lokalnej ludności. Rozpoczęto realizację akcji wymierzonej w polską inteligencję (Intelligenzaktion), mającej na celu eliminację elit przywódczych: nauczycieli, księży, lekarzy, prawników, urzędników i oficerów. Tysiące mieszkańców Zamojszczyzny zostało aresztowanych, osadzonych w więzieniach i obozach koncentracyjnych, lub po prostu rozstrzelanych w pobliskich lasach. Jednocześnie rozpoczęto brutalne prześladowania licznej społeczności żydowskiej, która przed wojną stanowiła niemal połowę mieszkańców Zamościa. Zostali oni stłoczeni w getcie, pozbawieni praw, majątku, a ostatecznie – w latach 1942 i 1943 – wysłani do obozu zagłady w Bełżcu, gdzie zginęli w komorach gazowych. Miasto idealne zostało zamienione w przedsionek piekła.
Generalplan Ost – Generalny Plan Wschodni i obłęd Himmlera
Aby zrozumieć tragedię Zamojszczyzny, trzeba pochylić się nad ideologicznymi fundamentami zbrodniczej polityki III Rzeszy. Adolf Hitler oraz jego najbliżsi współpracownicy, na czele z Reichsführerem SS Heinrichem Himmlerem, marzyli o stworzeniu wielkiego imperium germańskiego na wschodzie Europy, które zapewniłoby rasie panów (Herrenvolk) tzw. przestrzeń życiową (Lebensraum). Plan ten, znany jako Generalplan Ost, zakładał całkowite przekształcenie demograficzne, kulturowe i gospodarcze ogromnych terytoriów sięgających aż po Ural. Słowianie – Polacy, Ukraińcy, Rosjanie, Białorusini – byli w nazistowskiej nomenklaturze traktowani jako podludzie (Untermenschen). Według założeń planu, dziesiątki milionów Słowian miały zostać wymordowane, zagłodzone lub wysiedlone za góry Ural i na Syberię, a pozostawiona przy życiu nieliczna mniejszość miała zostać sprowadzona do roli niewykształconej, niewolniczej siły roboczej, służącej nowym, niemieckim panom.
Himmler, zafascynowany historią, okultyzmem i pseudonaukowymi teoriami o czystości rasy, postanowił, że proces germańskiej kolonizacji Wschodu musi rozpocząć się jak najszybciej, jeszcze w trakcie trwania działań wojennych. Wybór padł na Zamojszczyznę. Zadecydowały o tym przede wszystkim wyjątkowo żyzne gleby tego regionu, idealne dla rozwoju rolnictwa, które miało stanowić spichlerz dla nowej Rzeszy, a także strategiczne położenie regionu jako bastionu niemczyzny (tzw. ściany wschodniej), mającego oddzielać tereny czysto germańskie od wschodu.
Głównym wykonawcą tego zbrodniczego planu w dystrykcie lubelskim był Odilo Globocnik – dowódca SS i Policji, człowiek o wyjątkowym okrucieństwie, pozbawiony jakichkolwiek skrupułów, będący jednym z głównych architektów Holocaustu (Akcja Reinhardt). Globocnik obiecał Himmlerowi, że stworzy na Zamojszczyźnie modelowy, czysto niemiecki okręg osadniczy. Zamość, symbol polskiej i renesansowej kultury, miał zostać całkowicie zgermanizowany. W planach niemieckich snuto wręcz wizję przemianowania go na Himmlerstadt (Miasto Himmlera), a następnie na Pflugstadt (Miasto Pługa), co miało symbolizować rolniczy charakter nowej, niemieckiej kolonii. Aby te obłąkane wizje mogły stać się rzeczywistością, zamojska ziemia musiała zostać najpierw całkowicie oczyszczona z dotychczasowych gospodarzy – polskich chłopów, którzy uprawiali ją z dziada pradziada.
Początek wielkiej tragedii – noce pełne krzyku i rozpaczy
Machina terroru ruszyła pełną parą w listopadzie 1942 roku, choć pierwsze, próbne akcje wysiedleńcze miały miejsce jeszcze rok wcześniej, w okolicach Skierbieszowa. To, co wydarzyło się na Zamojszczyźnie na przełomie lat 1942 i 1943, nie miało precedensu w historii okupowanej Europy. Wysiedlenia były przeprowadzane z zaplanowaną, mrożącą krew w żyłach bezwzględnością i precyzją, charakterystyczną dla niemieckiego aparatu ucisku.
Akcje najczęściej rozpoczynały się w środku nocy lub wczesnym świtem. Polskie wsie otaczane były szczelnym kordonem przez jednostki SS, bataliony żandarmerii wojskowej, policję porządkową (Orpo), a często także przez jednostki ukraińskich kolaborantów. Zaskoczeni we śnie mieszkańcy byli budzeni głośnym ujadaniem psów, krzykiem uzbrojonych żołnierzy i kolbami karabinów uderzającymi w drzwi i okna. „Raus! Raus!” – te niemieckie słowa wryły się w pamięć tych, którzy przeżyli, jako symbol absolutnego przerażenia. Ludziom dawano zaledwie kilkanaście, góra dwadzieścia minut na spakowanie bagażu podręcznego, którego waga nie mogła przekraczać kilkunastu kilogramów na osobę. Mogli zabrać ze sobą tylko to, co zdołali unieść w rękach, oraz niewielką ilość żywności i pieniędzy. Cały dorobek ich życia: domy, gospodarstwa, inwentarz żywy, maszyny rolnicze, zapasy na zimę, ubrania, pamiątki rodzinne – wszystko to musieli zostawić na miejscu. Majątek ten stawał się automatycznie własnością III Rzeszy i był przygotowywany na przyjęcie nowych, niemieckich kolonistów, sprowadzanych głównie z Besarabii, Wołynia, Bukowiny czy krajów bałtyckich.
Kto stawiał opór, kto ociągał się ze spakowaniem, kto próbował uciekać – był mordowany na miejscu, na progu własnego domu. Często do domostw wrzucano granaty, a zabudowania, w których podejrzewano, że ktoś się ukrywa, podpalano. Ci, którzy nie zdołali na czas stawić się na placu zbiórki – starcy, osoby chore, niedołężne, kobiety w ciąży – byli bezlitośnie rozstrzeliwani, aby nie spowalniać akcji wysiedleńczej. Następnie przerażonych, zziębniętych, płaczących ludzi gnano pieszo w długich kolumnach, często przez kilkanaście lub kilkadziesiąt kilometrów, lub wieziono stłoczonych na chłopskich furmankach w stronę obozów przejściowych. Najważniejszy z nich mieścił się w samym Zamościu.
Obóz przejściowy w Zamościu – przedsionek piekła
Obóz przesiedleńczy w Zamościu (Umwandererzentralstelle – obóz UWZ) zlokalizowany był przy ulicy Okrzei. Teren ten wcześniej służył jako koszary wojskowe. Został ogrodzony wysokim na kilka metrów drutem kolczastym, a w rogach ustawiono wieżyczki strażnicze z gniazdami karabinów maszynowych i potężnymi reflektorami. Do drewnianych baraków, z których wiele stanowiło dawniej stajnie dla koni wojskowych, nieprzystosowanych w żaden sposób do zamieszkania przez ludzi, spędzano tysiące wysiedlonych Polaków. Warunki panujące w obozie były wręcz katastrofalne i urągały jakimkolwiek normom humanitarnym.
Brakowało podstawowych urządzeń sanitarnych. W nieogrzewanych barakach wiał przenikliwy, zimowy wiatr. Spano na gołych, brudnych deskach lub na zgniłej słomie, która szybko stawała się siedliskiem wszy i pcheł. Zamiast toalet wykopane były głębokie doły, wokół których unosił się straszliwy fetor. Szerzyły się epidemie, z których najstraszniejsze żniwo zbierał tyfus plamisty, czerwonka i gruźlica. Brakowało wody pitnej, a głodowe racje żywnościowe – składające się najczęściej z miski wodnistej, zgniłej zupy z brukwi, nieobranych ziemniaków i kawałka czarnego, gliniastego chleba z domieszką trocin – doprowadzały osadzonych do skrajnego wycieńczenia. Najsłabsi, głównie osoby starsze oraz niemowlęta, umierali w obozie z zimna, głodu i chorób w zastraszającym tempie. Ich zwłoki układano w sterty za barakami, czekając na wywóz do masowych mogił.
Jednakże najgorsze miało dopiero nadejść. Celem obozu przejściowego nie była bowiem tylko koncentracja wysiedlonej ludności, ale przede wszystkim jej skrupulatna, pseudonaukowa selekcja rasowa. Był to mechanizm wprowadzony w życie przez ekspertów z Głównego Urzędu Ras i Osadnictwa SS (Rasse- und Siedlungshauptamt, w skrócie RuSHA). Każdy więzień obozu musiał przejść przez upokarzające badania, które decydowały o jego życiu, śmierci lub losie gorszym niż śmierć.
Selekcja rasowa i rozdzieranie rodzin – najczarniejsza karta historii
Proces selekcji odbywał się w specjalnym baraku. SS-mani, lekarze wojskowi oraz eksperci rasowi poddawali przerażonych ludzi brutalnym oględzinom. Mierzono obwody głów specjalnymi cyrklami antropometrycznymi, sprawdzano kształt czaszki, rozstaw oczu, wielkość nosa, kolor tęczówek, barwę i strukturę włosów. Na podstawie tych pseudonaukowych pomiarów oraz wywiadów dotyczących pochodzenia, ludzi przyporządkowywano do jednej z czterech kategorii.
Grupa I i II to byli ludzie uznani za wartościowych rasowo, posiadający cechy nordyckie – błękitne oczy, jasne włosy, odpowiednią budowę ciała. Osoby te przeznaczano do tzw. zniemczenia (germanizacji). Planowano ich wysłać w głąb Rzeszy, aby asymilowali się z niemieckim społeczeństwem, odcięci od polskich korzeni. Grupa III to osoby zdolne do ciężkiej pracy fizycznej. Przeznaczano ich na wywóz do III Rzeszy jako darmową, niewolniczą siłę roboczą (roboty przymusowe) do pracy w fabrykach zbrojeniowych, kopalniach i niemieckich gospodarstwach rolnych (tzw. bauerów). Najgorszy los spotykał osoby zakwalifikowane do Grupy IV – były to osoby uznane za rasowo bezwartościowe: starcy, chorzy, inwalidzi, a także dzieci poniżej czternastego roku życia, które nie spełniały surowych kryteriów rasowych. Grupa ta była przeznaczona do fizycznej likwidacji. Oznaczało to deportację do niemieckich obozów koncentracyjnych i obozów zagłady.
Najbardziej wstrząsającym, nieludzkim i traumatycznym momentem selekcji było rozdzielanie rodzin. W bezdusznych raportach administracji SS procedura ta była nazywana pozbawionym emocji terminem, jednak dla tysięcy polskich rodzin był to koniec świata. Kobiety skierowane do pracy przymusowej, lub przeznaczone na śmierć, były siłą, z niezwykłą brutalnością odrywane od swoich dzieci. Historycy, na podstawie relacji świadków, odtwarzają sceny, których ogromu cierpienia nie sposób wyrazić słowami.
Matki, w akcie czystej rozpaczy, rzucały się na uzbrojonych strażników, błagając na kolanach o pozostawienie im dzieci, całując ich oficerki, krzycząc wniebogłosy. Były za to bite pejczami z byczych żył, kopane podkute butami, uderzane kolbami karabinów do utraty przytomności. Często w akcie ostatecznej desperacji matki chwytały się drutów kolczastych otaczających place selekcyjne, rozrywając dłonie do krwi. Niemieccy strażnicy, całkowicie znieczuleni na ludzkie cierpienie, poszczuli je psami służbowymi, które szarpały ubrania i ciała bezbronnych kobiet. Dzieci, często zaledwie kilkuletnie lub nawet niemowlęta, były brutalnie wyrywane z ramion, wrzucane jak worki na ciężarówki lub przepędzane do specjalnych baraków dziecięcych. Ich płacz, przeraźliwe wołanie „Mamo! Mamo!”, zlał się w jeden potężny krzyk rozpaczy, który, jak wspominali ocaleni, brzmiał nad obozem w Zamościu nieprzerwanie, dniem i nocą. Zapach krwi, potu, łez i beznadziei unosił się nad placami apelowymi. Te dzieci, oderwane od miłości i poczucia bezpieczeństwa, stawały się od tej chwili numerami, statystyką w wielkiej machinie śmierci.
Los wyselekcjonowanych – germanizacja, obozy zagłady i pociągi grozy
Co działo się z odebranymi dziećmi? Ich los był różny, ale w każdym przypadku przerażająco okrutny. Dzieci spełniające rygorystyczne, rasowe kryteria nordyckie (niebieskie oczy, blond włosy, odpowiedni kształt czaszki), zostały przeznaczone do germanizacji w ramach zbrodniczego programu Lebensborn (Źródło Życia), instytucji powołanej przez Himmlera. Dzieci te przewożono do specjalnych ośrodków na terenie Rzeszy, głównie do Niemiec i Austrii. Odbierano im tożsamość. Zmieniano im imiona i nazwiska na brzmiące z niemiecka (np. Jan Kowalski stawał się Johannem Kowalskym, a potem Johannem Schmidt’em). Fałszowano ich akty urodzenia, uczono języka niemieckiego, stosując przy tym bezlitosne kary fizyczne za każde wypowiedziane słowo w języku polskim. Bito je, głodzono i zamykano w piwnicach, aby złamać ich wolę i wymazać wspomnienia o prawdziwych rodzicach i ojczyźnie. Po odpowiednim przeszkoleniu, dzieci te były przekazywane niemieckim rodzinom adopcyjnym – najczęściej rodzinom oficerów SS lub bezdzietnym małżeństwom wiernym ideologii nazistowskiej. Wychowywano je na fanatycznych zwolenników Hitlera, nieświadomych, że ich prawdziwa krew jest polska.
O wiele bardziej tragiczny los spotkał te dzieci, które nie przeszły pozytywnie testów antropometrycznych. Zostały one uznane za odpad rasowy. Rozpoczęły się masowe deportacje do obozów koncentracyjnych. Część z nich, głównie starsze dzieci, trafiła do obozu koncentracyjnego na Majdanku w Lublinie (KL Lublin), gdzie umierały z wycieńczenia, chorób, lub ginęły w komorach gazowych i krematoriach. Inne transporty, z udziałem najmłodszych, zostały skierowane bezpośrednio do niemieckiego obozu zagłady Auschwitz-Birkenau.
W Auschwitz polskie dzieci z Zamojszczyzny traktowano ze szczególnym okrucieństwem. Zamiast ubrań wydawano im więzienne pasiaki niedopasowane do rozmiaru, często zawszone ubrania po zmarłych więźniach dorosłych. W obozie stawały się ofiarami pseudomedycznych eksperymentów prowadzonych przez zbrodniarzy takich jak doktor Josef Mengele. Setki dzieci, uznanych za nieprzydatne do pracy, zamordowano w wyjątkowo bestialski sposób. Dokonywano tego za pomocą zastrzyków z fenolu wstrzykiwanych bezpośrednio w serce. Dzieci sadzano na stołku, SS-man zatykał im usta ręką lub ręcznikiem, a sanitariusz wbijał igłę w klatkę piersiową. Śmierć była niemal natychmiastowa, ale poprzedzał ją paraliżujący strach. Inne dzieci, osłabione głodem, ginęły w komorach gazowych, wrzucane tam razem ze starcami i chorymi w trakcie tak zwanych selekcji do gazu, gdy zapotrzebowanie na miejsce w barakach rosło.
Zima 1942/1943 zapisała się w historii jako wyjątkowo surowa. Temperatury spadały nocami do minus dwudziestu, a nawet minus trzydziestu stopni Celsjusza. W tych mroźnych miesiącach z obozu w Zamościu odchodziły kolejne transporty, kierowane nie do obozów koncentracyjnych, ale do różnych dystryktów Generalnego Gubernatorstwa (np. dystrykt warszawski, radomski). W zamyśle Niemców, pozbycie się „balastu” w postaci tysięcy zamarzniętych, wygłodniałych ludzi miało stanowić element terroru. Podróż odbywała się w zaplombowanych, nieogrzewanych, towarowych wagonach bydlęcych. Na podłogach znajdowała się tylko garstka cienkiej, zmrożonej słomy, przesiąkniętej moczem i odchodami z poprzednich transportów. Do jednego wagonu upychano po osiemdziesiąt, a nawet sto osób, głównie kobiety, starców i dzieci. W trakcie kilkudniowych podróży transporty te często celowo odstawiano na bocznice kolejowe w szczerym polu, by ludzie wewnątrz umierali z zimna. W wagonach brakowało jedzenia, a nade wszystko – wody pitnej. Ludzie zlizywali szron ze zardzewiałych śrub i desek ścian wagonu, by ugasić pragnienie.
Często po otwarciu drzwi wagonów ukazywał się makabryczny widok. Na podłogach leżały dziesiątki zamarzniętych na kość ciał, często w objęciach – matki zamarzały, próbując własnym, stygnącym ciepłem ogrzać swoje dzieci. Zwłoki, z powodu mrozu, przybierały pozycje skurczone, były sztywne jak drewniane polana. Transporty te przeszły do historii pod nazwą transportów śmierci. Szacuje się, że setki, jeśli nie tysiące dzieci zmarło w ten sposób, zanim pociąg w ogóle dotarł do jakiejkolwiek stacji docelowej.
Heroizm społeczeństwa i ratowanie dzieci
Informacje o tragicznych transportach pełnych zamarzających, płaczących dzieci bardzo szybko rozeszły się po okupowanej Polsce. Polskie podziemie, przede wszystkim kolejarze, którzy mieli dostęp do rozkładów jazdy i list przewozowych, ryzykowali życie, aby przekazywać te informacje dalej. Zrodziło to niespotykaną falę solidarności i bohaterstwa polskiego społeczeństwa. To wydarzenie jest dowodem, że nawet w obliczu najczarniejszej nocy okupacji, ludzkość i miłosierdzie mogą zaświecić najjaśniejszym blaskiem.
Kiedy pociągi wjeżdżały na stacje docelowe w takich miastach jak Warszawa, Siedlce, Garwolin, Pilawa, czy Sobolew, na peronach czekały już tłumy Polaków. Reakcja ludności cywilnej, często samej żyjącej na skraju ubóstwa, była natychmiastowa. Kobiety przynosiły w bańkach gorącą zupę, herbatę zastępczą (tzw. bawarkę) i mleko, a także koce, ciepłe ubrania i chleb. Działacze Polskiego Czerwonego Krzyża (PCK), Rady Głównej Opiekuńczej (RGO), a także harcerze Szarych Szeregów, mimo groźby natychmiastowego zastrzelenia przez niemiecką eskortę, rzucili się na ratunek.
Wielokrotnie dochodziło do wykupywania dzieci od niemieckich strażników, łapowników z Bahnschutzu, policjantów granatowych czy żołnierzy Wehrmachtu. Cena za życie dziecka bywała różna – czasami była to butelka wódki, pęto kiełbasy, złoty zegarek, obrączka ślubna, a czasami garść okupacyjnych marek. Innym sposobem ratunku było potajemne wykradanie dzieci z wagonów lub peronów w chwilach zamieszania, chowanie ich pod grubymi jesionkami i płaszczami, i ucieczka w ciemność nocy do pobliskich domów. Wiele dzieci uratowano bezpośrednio na trasie, kiedy na zwolnionym biegu pociągu przez las, zdesperowane matki, wiedząc, że jadą na pewną śmierć, wyrzucały swoje pociechy przez okienka wentylacyjne wagonów na śnieg. Ryzykowały w ten sposób połamane ręce i nogi dzieci, wierząc jednak, że to ich jedyna, rozpaczliwa szansa na przetrwanie. Dzieci te, często potłuczone i w szoku, odnajdywali o świcie okoliczni chłopi lub leśnicy i ukrywali w swoich chałupach.
Mimo wielkiego ryzyka – za ukrywanie osób wysiedlonych lub uciekinierów groziła kara śmierci lub wysłanie do Auschwitz – tysiące polskich rodzin zdecydowało się na przygarnięcie „Dziecka Zamojszczyzny”. Trafiały one do sierocińców prowadzonych przez siostry zakonne, do szpitali miejskich oraz do prywatnych domów. Mieszkańcy Warszawy, sami będąc w dramatycznej sytuacji zaopatrzeniowej, wykazali się niezłomnym hartem ducha. Dzięki ich odwadze i ofiarności, tysiące dzieci uniknęło śmierci w obozach i przeżyło wojnę, stając się żywymi świadkami nieludzkiego czasu.
Zbrojny opór – Powstanie Zamojskie i odwaga chłopów
Niemiecki aparat terroru spodziewał się, że prymitywny, brutalny terror szybko złamie opór polskiej ludności, a Generalplan Ost na Zamojszczyźnie zostanie zrealizowany bez większych przeszkód. Przeliczyli się jednak w dramatyczny sposób. Na odpowiedź polskiego podziemia nie trzeba było długo czekać. Na przełomie 1942 i 1943 roku wybuchło zbrojne wystąpienie, które do historii przeszło jako Powstanie Zamojskie. Był to jeden z największych aktów zbrojnego oporu chłopskiego w historii II wojny światowej i w ogóle w historii polskiej konspiracji.
Główny ciężar walki wzięły na siebie oddziały Batalionów Chłopskich (BCh), będących zbrojnym ramieniem ruchu ludowego, a także oddziały Armii Krajowej (AK) i Gwardii Ludowej (GL). Zdesperowani polscy chłopi, widząc, że bez biernego poddania się tracą cały dobytek, wolność, a nade wszystko swoje dzieci, postanowili walczyć o przetrwanie z bronią w ręku. Formowali oddziały partyzanckie w gęstych, trudno dostępnych lasach Puszczy Solskiej, Lasów Janowskich oraz na zalesionych wzgórzach Roztocza. Uzbrojeni początkowo w stare, zardzewiałe karabiny wydobyte ze schowków po wrześniu 1939 roku, w dubeltówki myśliwskie, a nawet w piki i widły, rzucili wyzwanie potężnej machinie wojskowej i policyjnej Rzeszy. Z czasem ich uzbrojenie się poprawiało, zdobywali broń na wrogu, przeprowadzając śmiałe akcje dywersyjne.
Taktyka partyzantów polegała na ciągłym nękaniu wroga. Polskie oddziały leśne wysadzały tory kolejowe, uniemożliwiając transport wojsk niemieckich i wywóz ludności (akcje takie określano mianem bitwy o szyny). Atakowano niemieckie urzędy, niszczono dokumentację dotyczącą kontyngentów rolniczych, rozbijano lokalne posterunki żandarmerii, uwalniając więźniów. Co najważniejsze, uderzono w sam rdzeń planu kolonizacyjnego. Partyzanci organizowali masowe ataki odwetowe na wioski, które zostały już zasiedlone przez niemieckich osadników (tzw. nasiedleńców). Wsie, z których wyrzucono Polaków, były palone przez podziemie, a osadnicy zabijani lub zmuszani do panicznej ucieczki do ufortyfikowanych miast. Hasło podziemia brzmiało: „Wycinać w pień kolonistów niemieckich”. Brzmi to brutalnie, ale w realiach totalnej wojny na wyniszczenie, w obliczu masowych mordów dokonywanych na polskich dzieciach, była to desperacka taktyka samoobrony, mająca na celu wzbudzenie paniki wśród sprowadzanych przez SS rolników i zahamowanie akcji osadniczej.
Doszło do potężnych bitew partyzanckich, które udowodniły determinację polskiego podziemia. Najsłynniejsze z nich to bitwa pod Wojdą w grudniu 1942 roku oraz starcie pod Zaborecznem w lutym 1943 roku. W bitwie pod Zaborecznem, połączone oddziały Batalionów Chłopskich, wykazując się doskonałą znajomością terenu i sprytem taktycznym, zadały poważne straty silnie uzbrojonej, ekspedycyjnej kolumnie niemieckiej policji i SS. Walki partyzanckie przybrały rozmiary regularnej, lokalnej wojny frontowej, do stłumienia której Niemcy musieli wycofywać jednostki liniowe walczące na froncie wschodnim, używać czołgów, artylerii dalekiego zasięgu, a nawet lotnictwa szturmowego (bombardowania lasów).
Opór ten, opłacony krwią tysięcy młodych ludzi, przyniósł jednak zamierzony skutek. Chaos zapanował w niemieckiej administracji, produkcja rolnicza, która miała wspierać wysiłek wojenny Rzeszy, legła w gruzach z powodu spalonych wiosek i braku rąk do pracy. Ze względu na zbrojny opór, rosnące straty po stronie osadników oraz obciążenie jednostek wojskowych, machina wysiedleńcza zaczęła zgrzytać i w połowie 1943 roku Himmler zmuszony był wstrzymać na szeroką skalę plan Generalplan Ost na Zamojszczyźnie. Powstanie Zamojskie uratowało tysiące osób przed losem wysiedleńców, choć cena była straszliwa – masowe pacyfikacje dziesiątek wsi, w których Niemcy mordowali wszystkich mieszkańców, od niemowląt po starców, paląc żywcem całe rodziny w stodołach, jak w Józefowie, Sochach czy Kitowie.
Rotunda Zamojska – milczący świadek zbrodni
Kiedy omawiamy historię męczeństwa Zamościa i Zamojszczyzny, nie sposób nie wspomnieć o miejscu, które do dziś jest symbolem tej tragedii – Rotundzie Zamojskiej. Budowla ta, wzniesiona w połowie XIX wieku jako fort artyleryjski mający stanowić element fortyfikacji obronnych miasta, w czasie niemieckiej okupacji została przekształcona w obóz śledczy Gestapo, a następnie w miejsce masowych egzekucji.
To za grubymi, ceglanymi murami Rotundy bito, torturowano i przesłuchiwano członków polskiego ruchu oporu, inteligencję, duchownych, a także osoby podejrzewane o pomoc partyzantom i ukrywanie Żydów. Cele wewnątrz były ponure, mroczne, przesiąknięte wilgocią, a na ich ścianach do dziś można dostrzec wyryte przed śmiercią napisy – inicjały, pożegnania z rodziną, modlitwy więźniów, którzy wiedzieli, że z tego miejsca nie ma już powrotu. W centralnym, otwartym dziedzińcu fortu Niemcy wybudowali szubienicę, z której często korzystali. Jednak głównym narzędziem mordu był ogień plutonów egzekucyjnych. Skazańcy byli wyprowadzani na dziedziniec, często powiązani drutem kolczastym po kilku, ustawiani nad krawędzią wykopanych dołów, i rozstrzeliwani strzałem w tył głowy lub seriami z karabinów maszynowych.
W 1943 roku, w obliczu postępującej ofensywy radzieckiej na froncie wschodnim, hitlerowcy przystąpili do zacierania śladów swoich potwornych zbrodni w ramach Akcji 1005 (Sonderaktion 1005). Kazali wyciągać gnijące ciała ofiar z masowych grobów wokół Rotundy, układać je na ogromnych, drewnianych stosach, polewać ropą i palić. Płomienie i tłusty, czarny dym, niosący ze sobą słodkawy, mdlący zapach palonych ludzkich ciał, unosiły się nad południową stroną Zamościa całymi tygodniami, informując mieszkańców o prowadzonym bez ustanku procesie eksterminacji. Prochy wymieszano z ziemią lub wrzucano do rzeki Łabuńki. Szacuje się, że w Rotundzie Zamojskiej zginęło od 6 do 8 tysięcy osób. Dziś teren Rotundy jest uświęconym miejscem pamięci narodowej, a dookoła niej, w celach zamienionych na mauzolea, spoczywają symboliczne urny z prochami ofiar różnych środowisk: nauczycieli, harcerzy, dzieci zamojszczyzny, więźniów Majdanka.
Zakończenie okupacji i trudne powroty z nicości
W lipcu 1944 roku okupacja niemiecka na Zamojszczyźnie dobiegła końca. W wyniku błyskawicznej ofensywy, na te zrujnowane ziemie wkroczyły oddziały Armii Czerwonej, a wraz z nimi formacje ludowego Wojska Polskiego oraz oddziały partyzanckie, które pomogły w oswobodzeniu lokalnych miast w ramach akcji Burza. Mieszkańcy mogli odetchnąć po latach permanentnego, niewyobrażalnego terroru, lecz krajobraz, który wyłonił się po ustąpieniu wojsk Wehrmachtu, był obrazem absolutnego zniszczenia, rozpaczy i niezabliźnionych ran.
Gdy opadł wojenny pył i zamilkły działa, przed ocalałymi stanęło najtrudniejsze i najbardziej łamiące serce wyzwanie – odnalezienie ukochanych dzieci. Tysiące rodziców wyruszyło na desperacką, dramatyczną misję, przeszukując ogłoszenia w PCK, węsząc po ocalałych sierocińcach, rozpytując wracających z robót przymusowych i więźniów obozów koncentracyjnych. Cała Polska, zrujnowana po wojnie, była świadkiem wielkiej tułaczki osób poszukujących jakichkolwiek śladów swoich najbliższych.
Dla wielu z nich wędrówka ta kończyła się wielkim dramatem i poczuciem całkowitej bezsilności. Ogromna część wywiezionych dzieci spoczęła na zawsze w masowych grobach w obozach zagłady, stała się bezimiennym prochem rozsianym w Auschwitz-Birkenau czy krematoriach Majdanka. Te maleńkie istoty nie dostały nawet szansy na krzyż czy tabliczkę ze swoim nazwiskiem, a często jedynym dokumentem ich istnienia był suchy, obozowy rejestr ze stemplami informującymi o „zgonie”.
Jeszcze bardziej skomplikowana, a często tragiczna pod względem psychologicznym, była sytuacja dzieci przeznaczonych na germanizację. Dzięki heroicznym i wieloletnim wysiłkom takich osób jak mecenas Roman Hrabar (który z ramienia rządu polskiego stanął na czele misji rewindykacyjnej odnajdującej uprowadzone polskie dzieci na terenach powojennych Niemiec i Austrii), udało się odzyskać tysiące z nich, identyfikując je na podstawie blizn, ukrytych znaków szczególnych, czy szczątkowych, zacierających się w ich głowach wspomnień. Proces ich odzyskiwania był niezwykle trudny – rodziny zastępcze niemieckie ukrywały dzieci, odmawiały współpracy, niszczyły dokumenty, a często same dzieci, zindoktrynowane ideologią nazistowską i z wymazaną tożsamością, nie chciały wracać do zrujnowanego, obcego im kraju i biologicznych rodziców, których nie pamiętały. Rozpacz ponownego „oderwania” ich, tym razem od niemieckich matek adopcyjnych, budowała kolejne pokłady niewyobrażalnej wręcz traumy.
Niektóre dzieci powróciły do swoich rodzin w Zamojszczyźnie. Radość z ponownego spotkania, chociaż bezgraniczna, mieszała się jednak z ogromnym bólem i spustoszeniem psychicznym. Powracające ofiary nie potrafiły mówić w języku ojczystym, bały się każdego munduru, w nocy dręczyły je koszmary z bydlęcych wagonów i krzyki z obozowych baraków. Dzieci Zamojszczyzny – te uratowane w pociągach w Warszawie i te wydarte po wojnie z niemieckich domów – do końca swojego życia musiały mierzyć się z traumą syndromu poobozowego.
Zakończenie – Pamięć o utraconym pokoleniu
Z perspektywy lat 1942-1943 wyłania się mroczny i przerażający plan totalnej destrukcji struktury społecznej, wprowadzony przez architekturę niemieckiego totalitaryzmu. Zbrodnie popełnione w ramach Generalnego Planu Wschodniego na Zamojszczyźnie były nie tylko eksperymentem kolonizacyjnym, ale celowym, perfidnym atakiem na najbardziej chroniony bastion społeczeństwa – na rodzinę i dzieciństwo. Odebranie matkom dzieci w Zamościu jest dzisiaj rozpatrywane nie tylko jako potworna zbrodnia wojenna, ale bezprecedensowy akt zbrodni przeciwko ludzkości, noszący wszelkie znamiona ludobójstwa zdefiniowanego przez trybunały w Norymberdze, mimo że sprawcy wielokrotnie próbowali umniejszać swoją winę.
Podsumowując tę potężną, tragiczną kartę w historii Polski, Zamojszczyzna złożyła potworną ofiarę. Ponad sto dziesięć tysięcy wysiedlonych ze swoich domów Polaków, w tym co najmniej trzydzieści tysięcy wywiezionych dzieci, co do liczby których zmarłych lub zamordowanych do dzisiaj historycy toczą spory, ale statystyki opierają się wokół tragicznej granicy jednej trzeciej wszystkich uprowadzonych, którzy nigdy nie wrócili. Ostateczna statystyka cierpienia jest niemożliwa do oszacowania w twardych liczbach i matematycznych zestawieniach, ponieważ każdy oderwany na placu w obozie Zamojskim maluch, każdy wagon jadący na mróz i każdy zrównany z ziemią dom stanowił indywidualną tragedię niszczącą kolejne pokolenia.
Dzisiaj spacerując wschodnimi ścieżkami urokliwego Zamościa, patrząc na niesamowite, kolorowe kamienice Rynku Wielkiego, czy przechadzając się cichymi alejkami renesansowego, idealnego miasta zaplanowanego przez Morando, bardzo trudno jest wyobrazić sobie, że te mury i te ulice słyszały wrzaski przerażonych ludzi, wycie niemieckich owczarków oraz błagalny płacz oddzielanych dzieci od ich zmasakrowanych uderzeniami i pogryzieniami matek. Miasto to przeszło przez chrzest ognia, krwi i łez. Tragedia „Dzieci Zamojszczyzny” stanowi nie tylko historyczną ranę narodu polskiego, ale przede wszystkim jest uniwersalnym, mrożącym krew w żyłach przestrogą dla ludzkości przed konsekwencjami rasizmu, szowinizmu narodowego, obłędnych teorii wyższości rasowej i faszystowskiego totalitaryzmu ubranego w bezduszną maskę urzędniczych formularzy z pieczęciami, niosących autoryzację do uprowadzenia narodu. Pomniki pomordowanych w Rotundzie, a także epitafia i tablice, to tylko fizyczny dowód, lecz najważniejsza pozostaje wciąż pamięć, aby okrzyk „Nigdy więcej wojny”, wybrzmiewający każdego września, nabierał realnego wymiaru w ochronie bezbronnych w dzisiejszych, niespokojnych czasach.