Dawne rzemiosło w Zamościu: Czym zajmowali się tutejsi mieszczanie?

Dawne rzemiosło w Zamościu: Czym zajmowali się tutejsi mieszczanie?

Kiedy myślimy o Zamościu, w naszej wyobraźni natychmiast pojawia się obraz „miasta idealnego”. Widzimy wspaniały, rozległy Rynek Wielki z dumnie wznoszącym się Ratuszem, którego wachlarzowe schody zapraszają do wejścia. Podziwiamy wspaniałe, kolorowe kamienice ormiańskie z bogato zdobionymi attykami, monumentalną Katedrę będącą mauzoleum rodu Zamoyskich oraz potężne mury Twierdzy Zamość, które niegdyś budziły respekt wrogich armii. Jednak za tą wspaniałą renesansową architekturą, za wielką polityką Jana Zamoyskiego i genialnymi projektami włoskiego architekta Bernardo Morando, kryje się zupełnie inna, równie fascynująca historia. To historia tętniącego życiem organizmu miejskiego, w którym bicie młotów kowalskich, zapach garbowanych skór, odgłosy warsztatów tkackich i gwar wielojęzycznych targów tworzyły codzienną symfonię. To historia zamojskich mieszczan i rzemieślników, których ciężka, codzienna praca i niezwykłe umiejętności zbudowały potęgę gospodarczą Padwy Północy.

Aby w pełni zrozumieć, czym zajmowali się dawni mieszkańcy Zamościa, musimy przenieść się w czasie do końca XVI wieku. W 1580 roku Jan Zamoyski, kanclerz i hetman wielki koronny, jeden z najpotężniejszych i najbogatszych ludzi ówczesnej Europy, wydał akt lokacyjny dla swojego prywatnego miasta. Zamoyski był człowiekiem renesansu o niezwykle szerokich horyzontach. Doskonale zdawał sobie sprawę, że wspaniałe pałace i mury obronne nie wystarczą, aby miasto przetrwało i się rozwijało. Miasto potrzebowało silnej gospodarki, a tę mogli zapewnić tylko prężnie działający kupcy i rzemieślnicy. Dlatego od samego początku lokacji Zamościa, polityka hetmana była nakierowana na sprowadzenie do nowo powstającego ośrodka najlepszych specjalistów z różnych dziedzin i z różnych stron świata.

Cechy rzemieślnicze – fundament miejskiej społeczności

W dawnym Zamościu rzemiosło nie było wolnym zawodem w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Życie zawodowe, a w dużej mierze także prywatne i religijne każdego rzemieślnika, regulowane było przez cechy. Cech rzemieślniczy był potężną organizacją, która zrzeszała mistrzów danej profesji, chroniła ich interesy, dbała o jakość produkcji, ale także nakładała na swoich członków liczne i surowe obowiązki. W Zamościu, podobnie jak w innych miastach Rzeczypospolitej Obojga Narodów, przywileje cechowe były zatwierdzane przez samego właściciela miasta, czyli ordynata zamojskiego. To właśnie z jego woli cechy otrzymywały statuty, które precyzyjnie określały zasady działania.

Droga do zostania samodzielnym rzemieślnikiem w Zamościu była długa i wyboista. Rozpoczynała się od terminu. Młody chłopiec, często pochodzący z okolicznych wsi lub biedniejszych rodzin miejskich, trafiał do warsztatu mistrza jako uczeń, czyli terminator. Przez kilka lat, zazwyczaj od trzech do pięciu, wykonywał najprostsze, często bardzo ciężkie prace fizyczne, uczył się podstaw fachu, a nierzadko był także darmową pomocą domową w rodzinie mistrza. W zamian otrzymywał dach nad głową, wyżywienie, ubranie oraz – co najważniejsze – bezcenną wiedzę. Kiedy termin dobiegał końca, uczeń musiał zdać egzamin i zostawał czeladnikiem. Jednak to wciąż nie dawało mu prawa do otwarcia własnego warsztatu.

Czeladnik zamojski musiał wyruszyć na tak zwaną wędrówkę czeladniczą. Musiał opuścić Zamość na rok, dwa, a czasem nawet dłużej, i pracować w warsztatach w innych miastach, nierzadko w Gdańsku, Krakowie, Lwowie, a nawet poza granicami Rzeczypospolitej. Cel tej wędrówki był jasny: zdobycie nowych umiejętności, podpatrzenie nowoczesnych technik i poszerzenie horyzontów. Po powrocie do Zamościa, czeladnik musiał wykonać „sztukę mistrzowską” (majstersztyk) – dzieło, które udowadniało jego kunszt. Jeśli starszyzna cechowa uznała dzieło za bezbłędne, a kandydat wpłacił odpowiednie wpisowe i wyprawił ucztę dla braci cechowej, zostawał mistrzem, mógł otworzyć własny warsztat, zatrudniać uczniów i brać udział w rządzeniu miastem.

Cechy w Zamościu spełniały także kluczową rolę w systemie obronnym Twierdzy Zamość. Zamość był miastem-twierdzą, a w razie oblężenia to właśnie zamojscy rzemieślnicy stawali na murach obok regularnego wojska. Każdy cech miał przydzielony konkretny odcinek murów lub określoną basteję, a później bastion do obrony. Rzemieślnicy musieli z własnych funduszy kupować proch, broń i zbroje, a także regularnie ćwiczyć strzelanie i musztrę, często w zamojskim Bractwie Kurkowym. Był to obowiązek surowo egzekwowany. Ponadto, cechy miały własne ołtarze w zamojskich kościołach, organizowały pochówki swoich członków, dbały o wdowy i sieroty po rzemieślnikach, stanowiąc swoistą instytucję ubezpieczeń społecznych.

Wielokulturowy tygiel mistrzów fachu

Tym, co najbardziej wyróżniało rzemiosło w Zamościu na tle innych polskich miast, był jego niesamowity, wielokulturowy charakter. Jan Zamoyski, budując „miasto idealne”, marzył o stworzeniu potężnego ośrodka handlowego na styku Wschodu i Zachodu. Zrozumiał, że sami polscy i ruscy rzemieślnicy, choć zdolni, nie wystarczą, by zaspokoić ambicje dworu ordynackiego i sprowadzić do Zamościa towary luksusowe. Dlatego hetman otworzył bramy swojego miasta dla przybyszów z dalekich stron, gwarantując im swobody religijne, samorządowe i ogromne przywileje gospodarcze.

Już w 1585 roku do Zamościa zostali sprowadzeni Ormianie. Byli to uchodźcy z Krymu, Kaffy i państw bałkańskich, ludzie Wschodu, którzy słynęli w całej Europie ze swoich umiejętności rzemieślniczych i kupieckich. Ormianie w Zamościu osiedlili się w północnej części miasta, przy dzisiejszej ulicy Ormiańskiej, gdzie do dziś możemy podziwiać ich wspaniałe kamienice. Ormianie przynieśli do Zamościa umiejętności, których próżno było szukać u miejscowych wytwórców. To oni rozwinęli produkcję luksusowych towarów skórzanych, tkactwo namiotów, hafciarstwo złotą i srebrną nicią oraz produkcję wschodnich kobierców.

Zaledwie trzy lata później, w 1588 roku, Jan Zamoyski wydał przywilej dla Żydów sefardyjskich. Byli to wygnańcy z Półwyspu Iberyjskiego, którzy przez Włochy i Imperium Osmańskie dotarli na ziemie polskie. Sefardyjczycy, posługujący się językiem ladino (hiszpańsko-żydowskim), byli wysoce wykształceni i niezwykle majętni. W Zamościu otrzymali prawo do zamieszkania w okolicach dzisiejszego Rynku Solnego. Choć początkowo zajmowali się głównie handlem na wielką skalę oraz udzielaniem kredytów (bankierstwem), z czasem, gdy do miasta napłynęli także Żydzi aszkenazyjscy, społeczność żydowska w Zamościu zdominowała takie rzemiosła jak krawiectwo, kuśnierstwo, rzeźnictwo, blacharstwo, a także w dużej mierze jubilerstwo i złotnictwo.

Nie można zapomnieć o Grekach, którzy również otrzymali przywileje osadnicze. Choć Grecy znani byli przede wszystkim z importu i handlu wspaniałymi winami z Węgier, Mołdawii i Grecji, to wśród nich znajdowali się także wyspecjalizowani rzemieślnicy, zajmujący się obróbką szlachetnych metali czy tkactwem luksusowych materiałów.

Z kolei ludność polska i ruska (ukraińska), stanowiąca trzon społeczności, dominowała w rzemiosłach podstawowych, niezbędnych do codziennego funkcjonowania miasta i zaopatrywania armii. Byli to piekarze, rzeźnicy, szewcy, garncarze, kowale, ślusarze, murarze i cieśle. To ich ciężka praca zapewniała miastu chleb, mięso, narzędzia, obuwie i to ich rękami fizycznie wznoszono zamojskie kamienice. Zamość w XVII wieku był miejscem, gdzie w wąskich uliczkach mieszały się języki: polski, ruski, ormiański, jidysz, ladino, niemiecki, włoski i grecki. Ta niezwykła mieszanka kultur, tradycji i technologii owocowała rzemiosłem o niespotykanej jakości i różnorodności.

Duma Padwy Północy – kurdybannicy i luksusowe skóry

Jeśli zapytalibyśmy europejskiego kupca w połowie XVII wieku, z czego słynie zamojskie rzemiosło, bez wahania odpowiedziałby: z kurdybanów. Kurdybannictwo było chlubą Zamościa, a produkty zamojskich mistrzów zdobiły najbogatsze dwory Rzeczypospolitej, a nawet trafiały na eksport za granicę. Kurdybany to luksusowe, bogato zdobione, tłoczone, złocone i malowane skóry, z których wykonywano przepiękne obicia ścian w pałacach i zamożnych kamienicach (zastępując tapety czy arrasy), a także obijano nimi luksusowe meble (krzesła, fotele, parawany) oraz wytwarzano z nich cenne okładki do ksiąg, obuwia dla szlachty czy ozdobne rzędy końskie.

Tajemnicę wyrobu najwyższej jakości kurdybanów przynieśli do Zamościa Ormianie i to oni przez długi czas mieli monopol na ten wysoce dochodowy interes. Nazwa „kurdyban” (lub kordyban) wywodzi się od hiszpańskiego miasta Kordoba, które było europejską kolebką tego rzemiosła, wywodzącego się jeszcze z tradycji arabskich. Zamojskie kurdybany dorównywały jakością tym z Kordoby czy Wenecji.

Proces tworzenia kurdybanu był niezwykle skomplikowany, pracochłonny i wymagał ogromnej wiedzy chemicznej, zręczności oraz zmysłu artystycznego. Rozpoczynał się od starannego wyprawienia skór cienkich – najczęściej cielęcych, kozich lub baranich. Skóry te musiały być idealnie gładkie i miękkie. Nie garbiono ich jednak w tradycyjny sposób z użyciem kory dębowej, co nadawałoby im sztywność i ciemny kolor. Zamoyscy kurdybannicy stosowali liście sumaka garbarskiego, rośliny importowanej z południa Europy i Azji. Dzięki sumakowi skóra pozostawała elastyczna, miękka w dotyku i miała jasny, niemal biały kolor, co było idealnym tłem dla późniejszych zdobień.

Po wygarbowaniu skóra trafiała do warsztatu zdobniczego. Kolejnym etapem było srebrzenie. Na wilgotną skórę nakładano płatki srebra, które następnie pokrywano specjalnym werniksem (lakierem) o barwie żółto-brązowej lub pomarańczowej. Kiedy werniks wysychał, srebro zaczynało lśnić jak najczystsze złoto. Stosowanie prawdziwego złota było niezwykle rzadkie i nieopłacalne, ale efekt „fałszywego złota” był tak spektakularny, że zadowalał nawet królów. Następnie na tak przygotowaną powierzchnię, za pomocą rozgrzanych mosiężnych lub drewnianych form (stempli i matryc), tłoczono skomplikowane, wypukłe wzory. Najczęściej były to bogate motywy roślinne – renesansowe akanty, granaty, kwiaty, a później barokowe girlandy, owoce i ptaki, a także herby szlacheckie na specjalne zamówienie. Wypukłości wzoru pozostawały „złote”, natomiast zagłębienia tła malowano farbami olejnymi na intensywne, głębokie kolory: karminową czerwień, zieleń, lazur lub czerń. Zamojskie kurdybany były niezwykle drogie, a kurdybannicy zaliczali się do najbogatszego patrycjatu miasta, często inwestując zarobione pieniądze w murowane, bogato zdobione kamienice przy Rynku.

Mistrzowie ognia i metalu: kowale, ślusarze, ludwisarze i złotnicy

Zamość jako najpotężniejsza prywatna twierdza w Rzeczypospolitej, wymagał nieustannej pracy ludzi posługujących się ogniem i metalem. Na obrzeżach miasta, z dala od głównych rynków (ze względu na ogromne zagrożenie pożarowe), dymiły kominy zamojskich kuźni. Kowalstwo było rzemiosłem ciężkim i surowym, ale absolutnie niezbędnym. Zamojscy kowale zajmowali się nie tylko podkuwaniem koni – co w mieście, przez które przechodziły tysiące kupców i wojskowych, było niezwykle lukratywne – ale przede wszystkim wytwarzaniem narzędzi rolniczych, budowlanych, obręczy do kół wozów i elementów okuć bram i mostów.

Gdzie kowal kończył swoją pracę obrabiając grube żelazo, tam zaczynał ślusarz. Zamojskie ślusarstwo stało na bardzo wysokim poziomie. Potężne bramy miejskie, wrota do Arsenału, drzwi do Katedry i wejścia do bogatych kamienic mieszczańskich wymagały skomplikowanych, potężnych zamków, rygli, kłódek i kluczy, które miały strzec majątków przed złodziejami i najeźdźcami. Ślusarze byli mistrzami precyzyjnej obróbki żelaza. Ich wyroby często miały nie tylko charakter użytkowy, ale też artystyczny, ozdabiane misternymi grawerunkami i kutymi ornamentami.

Szczególną grupę metalowców stanowili miecznicy i rusznikarze, którzy produkowali broń białą (szable, pałasze, miecze) oraz broń palną (rusznice, muszkiety, pistolety) na potrzeby rodu Zamoyskich, załogi twierdzy oraz szlachty z całego regionu. Zamojski Arsenał (Zbrojownia) do dziś jest świadectwem militarnej potęgi miasta, a wiele elementów uzbrojenia, które tam gromadzono, pochodziło z warsztatów miejscowych rzemieślników. W Zamościu działali również ludwisarze, którzy odlewali z brązu ogromne dzwony do kościołów oraz potężne lufy armatnie, niezbędne do obrony bastionów. Praca ludwisarza była nie tylko sztuką, ale też niebezpieczną magią, wymagającą idealnego obliczenia proporcji miedzi i cyny oraz mistrzowskiego panowania nad płynnym, rozpalonym do czerwoności metalem.

Zupełnie inny charakter miała praca złotników i jubilerów, których warsztaty znajdowały się bliżej centrum miasta. Było to rzemiosło elitarne. Złotnicy produkowali wyroby luksusowe dla dworu ordynackiego, miejscowego duchowieństwa i najbogatszych mieszczan. W Zamościu wytwarzano wspaniałe kielichy mszalne, monstrancje, relikwiarze, które do dziś można podziwiać w Muzeum Sakralnym przy zamojskiej Katedrze. Ponadto, złotnicy ormiańscy i żydowscy tworzyli piękną biżuterię: sygnety, łańcuchy, kolczyki, brosze, a także nabijali srebrem i złotem pochwy szabli, rękojeści i rzędy końskie. W tym fachu niezwykle ważna była precyzja, delikatność i znajomość skomplikowanych technik takich jak filigran (wykonywanie wzorów z cienkiego, skręconego drutu złotego lub srebrnego), granulacja czy emaliowanie. Złotnicy stanowili elitę rzemieślniczą, często pełnili funkcje w radzie miejskiej, a ich bogactwo równało się z majątkami kupców importujących orientalne korzenie.

Rzemiosła budowlane – wznoszenie renesansowego cudu

Gdy Jan Zamoyski i Bernardo Morando rysowali plany Zamościa, potrzebowali armii ludzi, którzy przekują ich marzenia w kamień i cegłę. Rzemiosła budowlane przeżywały w pierwszym stuleciu istnienia Zamościa prawdziwy złoty wiek. Do miasta ściągali murarze, kamieniarze, cieśle i sztukatorzy. To oni fizycznie wznosili wspaniałe budowle, które podziwiamy do dzisiaj.

Kamieniarze i murarze musieli pracować w zawrotnym tempie. Budowa potężnych umocnień bastionowych z cegły i kamienia, budowa Pałacu, Kolegiaty, Ratusza, a następnie dziesiątek mieszczańskich kamienic, wymagała olbrzymich nakładów pracy. Cegłę wypalano w podmiejskich cegielniach, ale ciosy kamienne trzeba było transportować, obrabiać i układać z inżynieryjną precyzją.

Oprócz murarzy i rzemieślników od konstrukcji, Zamość przyciągał niezwykłych rzemieślników-artystów: rzeźbiarzy i sztukatorów. To oni, czerpiąc inspiracje z włoskiego renesansu, a później baroku, a także z motywów niderlandzkich i orientalnych, ozdabiali fasady kamienic. Charakterystyczne dla Zamościa rzeźbione attyki, kamienne portale bram, ozdobne obramowania okien oraz wspaniałe, plastyczne sztukaterie na sklepieniach zamojskich kościołów i wewnątrz kamienic, to dzieło ich rąk. Równie ważni byli cieśle. Zanim mury stanęły dumnie w górę, trzeba było postawić skomplikowane drewniane rusztowania, zbudować więźby dachowe, a następnie wykonać stropy wewnątrz budynków. Z kolei stolarze wypełniali te wspaniałe mury bogato rzeźbionymi meblami, kasetonowymi sufitami i pięknymi, intarsjowanymi drzwiami.

Kolejnym niezwykle ważnym zawodem budowlanym byli garncarze i kaflarze. Wprawdzie zamoyscy garncarze produkowali na co dzień tysiące zwykłych glinianych garnków, mis i dzbanów, które były podstawą wyposażenia każdej kuchni, jednak to produkcja kafli piecowych stanowiła ich największy powód do dumy. Zimy na Zamojszczyźnie bywały niezwykle surowe. Rozległe pokoje zamojskich kamienic i pałacu wymagały wydajnego ogrzewania. Piece kaflowe były nie tylko źródłem ciepła, ale także najważniejszym elementem dekoracyjnym wnętrza. Zamoyscy kaflarze wyrabiali wielkie kafle płytowe, bogato reliefowane, przedstawiające sceny biblijne, mitologiczne, herby i motywy roślinne. Następnie kafle te powlekano kolorowymi szkliwami, najczęściej w kolorze głębokiej zieleni, ugru lub błękitu, co nadawało wspaniały, świetlisty efekt w blasku palących się w piecu drw.

Rzemiosła aprowizacyjne – by miasto nie było głodne i spragnione

Nawet najpiękniejsze miasto nie może istnieć bez jedzenia. Rzemiosła związane z aprowizacją – piekarze, rzeźnicy i piwowarzy – stanowiły jedną z najliczniejszych i najważniejszych grup w Zamościu.

Zamojskie piekarstwo opierało się na bogatych plonach żyznych gleb roztoczańskich. Chleb musiał być pieczony codziennie, by wykarmić tysiące mieszkańców, kupców, uczących się studentów Akademii Zamojskiej oraz silny garnizon wojskowy stacjonujący w twierdzy. Obok zwykłego żytniego i razowego chleba, piekarze wytwarzali również bułki, rogaliki, ciasta i słynne pierogi. Z biegiem lat w rejonie Zamościa ukształtowały się specyficzne tradycje wypieków, w tym pieczywa z cebulą (protoplasty słynnego cebularza), które wprowadzili piekarze pochodzenia żydowskiego. Piekarnie ze względu na zagrożenie pożarowe często lokowano w nieco oddaleniu od reprezentacyjnego Rynku Wielkiego.

Rzeźnicy stanowili potężny i zamożny cech. Bydło, świnie, owce i drób sprowadzano do Zamościa z ogromnych włości ordynackich. Ubój zwierząt, zgodnie ze średniowieczną jeszcze tradycją, mógł odbywać się tylko w wyznaczonych miejscach, z dala od rynków, blisko wody, by krew i nieczystości można było łatwo spłukać. Rzeźnicy sprzedawali mięso w specjalnych kramach zwanych jatkami. W Zamościu jatki rzeźnicze były ściśle kontrolowane przez władze miasta i urzędników ordynackich, aby mięso było świeże, a ceny uczciwe. W społeczności żydowskiej funkcjonowali rzezacy (szojcheci), którzy dokonywali uboju rytualnego, niezbędnego do uzyskania mięsa koszernego.

Osobną, niezwykle dochodową gałęzią dawnej gospodarki było piwowarstwo i miodosytnictwo. Woda w dawnych miastach, czerpana ze studni lub rzek do których często trafiały nieczystości, była głównym źródłem groźnych chorób zakaźnych (cholery, dyzenterii). Dlatego podstawowym napojem pitym na co dzień, zarówno przez dorosłych jak i przez dzieci, było piwo. Miało ono jednak zupełnie inny charakter niż dzisiaj – było słabe (ok. 2-3% alkoholu), mętne, bardzo gęste, pożywne, przypominające raczej zupę chlebową, o smaku od lekko kwaśnego po słodkawy. Piwo w Zamościu warzono powszechnie. Prawo propinacji (wyłączności na produkcję i sprzedaż trunków) było z reguły zastrzeżone dla ordynata, który dzierżawił browary rzemieślnikom. Słodownicy przygotowywali słód ze zboża z okolicznych wiosek, a piwowarzy w ogromnych kadziach warzyli zamojskie trunki. Równie cenione, lecz znacznie droższe i zarezerwowane na specjalne okazje, były miody pitne, z których słynęła staropolska i ruska kuchnia. Do ich produkcji wykorzystywano doskonałej jakości miody z pasiek w podzamojskich lasach. O pomyślności tych rzemiosł świadczą funkcjonujące do dziś nazwy takie jak historyczny Szczebrzeszyn czy sam Zwierzyniec w pobliżu Zamościa, gdzie piwowarskie tradycje przetrwały wieki.

Odzież i obuwie – tkacze, krawcy, kuśnierze i szewcy

Ubiór w dobie renesansu i baroku nie służył jedynie ochronie przed chłodem, ale był przede wszystkim symbolem statusu społecznego, przynależności klasowej, a nawet narodowościowej. Przepisy sumptuariańskie (ustawy przeciw zbytkowi) określały, kto i z jakich materiałów może nosić szaty. Zamoyski, choć sam nosił się z pańska, w swoim mieście wspierał rzemiosło odzieżowe, by pieniądze nie wypływały z miasta na zakup zagranicznych tkanin.

Podstawą przemysłu odzieżowego byli tkacze. W Zamościu, w wilgotnych izbach lub półpiwnicach, na krosnach ręcznych powstawały metry lnianego i konopnego płótna na bieliznę i prostą odzież dla chłopów z ordynacji oraz ubogiej warstwy miejskiej. Znacznie wyższy kunszt prezentowali sukiennicy, z których wielu sprowadzono z zachodu. Wytwarzali oni ciężkie, wełniane sukno. Aby sukno nadawało się do uszycia ciepłego, odpornego na deszcz płaszcza czy kontusza, musiało zostać poddane procesowi folowania. Folusze, napędzane kołami wodnymi budowanymi na okolicznych rzekach i strugach, ubijały luźno utkaną wełnianą tkaninę, sprawiając, że stawała się ona gęsta i filcowata. Po folowaniu sukno trafiało do farbiarzy, którzy nadawali mu wymarzone kolory.

Dopiero z tak przygotowanego materiału, a także z drogocennych jedwabi, atłasów i aksamitów przywożonych przez kupców z Włoch i Turcji, krawcy szyli ubiory. Cech krawców w Zamościu był liczny. Krawiectwem zajmowali się zarówno Polacy, wykonujący tradycyjne, proste ubiory (żupany, hajdawery), jak i Żydzi oraz Ormianie, którzy specjalizowali się w szyciu ubiorów wschodnich, bogato zdobionych, wyszywanych złotą nicią i perłami. Zimy wymuszały na mieszkańcach stosowanie ciepłych okryć, stąd niezwykle ważna rola kuśnierzy, którzy z wilczych, lisich, niedźwiedzich, a także pospolitych baranich i zajęczych skór szyli wspaniałe czapy, podbite futrem delie, kożuchy i szuby.

Na samym końcu procesu produkcji ubioru stał szewc. Wykonywanie obuwia było w tamtym czasie czynnością rzemieślniczą od A do Z. Nie było podziału na lewego i prawego buta – skórzane obuwie dopasowywało się do stopy dopiero podczas noszenia. Zamoyscy szewcy szyli zarówno proste, wytrzymałe buty dla żołnierzy, jak i eleganckie, zdobione, a nawet barwione trzewiki dla patrycjatu i szlachty, często wykorzystując do tego celu lżejsze skóry, a czasem nawet elementy słynnego zamojskiego kurdybanu. Szewstwo ściśle współpracowało z garbarstwem. Garbarnie wydzielały potworny odór gnijących resztek i środków chemicznych (w tym odchodów zwierzęcych używanych do zmiękczania), dlatego zawsze lokowano je na przedmieściach, przy rzekach, na południe lub zachód od miasta, aby przeważające wiatry nie znosiły smrodu na Rynek Wielki.

Zmierzch złotego wieku zamojskiego rzemiosła

Złoty wiek Zamościa i jego rzemiosła trwał przez pierwszą połowę XVII wieku. Zamość był bogaty, tętnił życiem, rzemieślnicy rozbudowywali swoje kamienice i zbijali fortuny. Jednak historia nie była łaskawa dla Rzeczypospolitej, a tym samym i dla zamojskich rzemieślników. W połowie XVII wieku wybuchło potężne Powstanie Chmielnickiego (1648), podczas którego kozackie i tatarskie hordy spaliły zamojskie przedmieścia i wycięły w pień wiele okolicznych osad, niszcząc zaplecze surowcowe i rynki zbytu. Mimo że Twierdza Zamość oparła się samemu Chmielnickiemu, gospodarka miasta poniosła potężny cios.

Zaraz po tym nastąpił niszczycielski Potop Szwedzki. I choć szwedzki król Karol Gustaw nie zdołał w 1656 roku zdobyć szturmem potężnych murów Padwy Północy, a oblężenie skończyło się wycofaniem wojsk szwedzkich, to nieustanne działania wojenne, przemarsze obcych wojsk, rabunki na szlakach handlowych, a przede wszystkim drastyczne zubożenie szlachty (głównego odbiorcy luksusowych towarów zamojskich, takich jak kurdybany czy wyroby złotnicze) doprowadziły do powolnego, ale systematycznego upadku zamojskiego rzemiosła.

Wiek XVIII przyniósł upadek polityczny państwa polskiego i upadek znaczenia cechów. Rzemiosło zamojskie powoli traciło swój niezwykły, artystyczny, renesansowy charakter, przekształcając się w zwykłą, prowincjonalną produkcję na potrzeby armii i okolicznych rolników. Elitarni kurdybannicy i ormiańscy złotnicy zniknęli, a ich miejsce zajęli rzemieślnicy zajmujący się najprostszymi pracami. Zmiana szlaków handlowych po rozbiorach, kiedy to Zamość na pewien czas trafił pod zabór austriacki, a następnie znalazł się w zaborze rosyjskim na rubieżach imperium, dopełniła dzieła. Miasto straciło swój wielki potencjał i na ponad wiek stało się surową twierdzą wojskową, gdzie rzemiosło służyło niemal wyłącznie potrzebom żołnierzy carskich stacjonujących w kazamatach.

Podsumowanie

Dzisiaj, spacerując po nieskazitelnie zrewitalizowanym Starym Mieście w Zamościu, wkraczając na bruk podcieni ormiańskich kamienic, pijąc kawę na Rynku Wodnym, rzadko myślimy o tym, że te wspaniałe mury to pomnik nie tylko wielkiego hetmana Jana Zamoyskiego i genialnego architekta Bernardo Morando. To przede wszystkim gigantyczny pomnik potu, talentu i ciężkiej pracy rąk tysięcy bezimiennych rzemieślników: murarzy, cieśli, kurdybanników, piekarzy, kowali i złotników.

Zamość rzemieślniczy przetrwał do naszych czasów nie w postaci dźwięku kowalskiego młota, lecz w materialnym dziedzictwie: w architekturze kamienic ufundowanych przez bogatych mistrzów cechowych, w muzealnych witrynach, z których lśnią misterne wyroby złotnicze, skórzane kurdybany i wspaniała broń, oraz w historii, która przypomina nam, że prawdziwa potęga każdego miasta leży w umiejętnościach, determinacji i ciężkiej pracy jego mieszkańców. Odkrywając Zamość, warto spojrzeć wyżej, na rzeźbione portale, na attyki, dotknąć starych murów. Z każdym takim dotknięciem nawiązujemy mistyczną więź z mistrzami dawnego fachu, polskimi, ruskimi, ormiańskimi i żydowskimi rzemieślnikami, którzy kilkaset lat temu, w swoich warsztatach przesyconych dymem, farbami i zapachem wosku, tworzyli dla nas to wspaniałe, idealne miasto.