Roztocze ukryte: 5 mało znanych miejsc, w których nie spotkasz tłumów

Współczesna turystyka bywa bezlitosna. Wystarczy, że urokliwe miejsce pojawi się na kilku popularnych profilach w mediach społecznościowych, by z zacisznej oazy zmieniło się w gwarny deptak. Roztocze, przez lata uchodzące za region dziki, nieodkryty i nieco zapomniany, dziś przeżywa swój absolutny renesans. Latem Zwierzyniec pęka w szwach, deptaki w Krasnobrodzie przypominają nadmorskie kurorty, a na popularnych Szumach nad Tanwią trzeba cierpliwie czekać w kolejce, by zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie na drewnianych mostkach. Dla wielu osób szukających gwaru, doskonałej bazy gastronomicznej i łatwo dostępnych atrakcji dla dzieci, to doskonała wiadomość. Jednak co z tymi, którzy przyjeżdżają na wschód po to, by usłyszeć własne myśli? Co z wędrowcami pragnącymi poczuć surowy oddech historii, dotknąć tajemnicy i zaginąć na kilka godzin w gęstym, bukowym lesie, nie mijając po drodze żywej duszy?
Dla takich poszukiwaczy Roztocze wciąż ma do zaoferowania nieskończenie wiele. Trzeba tylko wiedzieć, gdzie zjechać z głównej, wyasfaltowanej drogi. Trzeba odważyć się wjechać w leśne, piaszczyste dukty, nie bać się braku zasięgu w telefonie komórkowym i otworzyć się na piękno, które nie jest podane na tacy. Prawdziwa dusza tego regionu nie kryje się w biletowanych parkach czy na modnych deptakach. Ona ukrywa się w mroku starych, drewnianych świątyń, w zarośniętych mchem kamieniach, w ruinach ukrytych na szczytach wzniesień i w opuszczonych wioskach, które dawno temu przegrały walkę z wielką, często okrutną historią.
Oto zaproszenie do podróży w inny wymiar czasu. Przedstawiam pięć niezwykłych, mało znanych miejsc na Roztoczu Wschodnim i Południowym. Miejsc, w których komercja nie ma wstępu, a głównym przewodnikiem jest wszechogarniająca cisza, przerywana jedynie szumem starych drzew i śpiewem ptaków.
1. Cerkiew w Radrużu i bruśnieńskie krzyże – drewniana twierdza na końcu świata
Zestawienie miejsc ukrytych i mistycznych musimy rozpocząć na absolutnych rubieżach, tuż przy wschodniej granicy państwa, gdzie województwo podkarpackie płynnie przechodzi w Roztocze Wschodnie. To kraina, w której czas płynie w zupełnie innej, własnej mierze. Z dala od zgiełku wielkich miast i głównych arterii komunikacyjnych, leży Radruż – niewielka wieś o potężnej, burzliwej historii. Znajduje się tu obiekt o randze światowej, wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, a mimo to wciąż rzadko odwiedzany przez masowych turystów, którzy rzadko docierają tak daleko na wschód. Mowa o drewnianej cerkwi pod wezwaniem świętej Paraskewy.
Podróż do Radruża to już samo w sobie doznanie estetyczne. Droga wije się przez łagodne wzgórza, rozległe łąki i gęste lasy. Zbliżając się do wsi, czujemy, że współczesny świat zostaje gdzieś daleko za nami. Na niewielkim wzniesieniu, omywanym przez potok Radrużka, wyrasta budowla, która na pierwszy rzut oka nie przypomina typowej świątyni. Jej sylwetka jest masywna, przysadzista, niemal groźna. To nie jest lekki, strzelisty kościółek zachodni. To cerkiew o charakterze obronnym, prawdziwa „chłopska twierdza”, zbudowana najprawdopodobniej pod koniec szesnastego wieku – w czasach, gdy tereny te były regularnie plądrowane przez niszczycielskie najazdy tatarskie.
Strach przed jaszyrem (niewolą) i śmiercią zdeterminował architekturę tego miejsca. Cerkiew w Radrużu została wzniesiona z potężnych bali modrzewiowych i dębowych, zdolnych oprzeć się nie tylko czasowi, ale i uderzeniom wrogiej broni. Świątynię otacza wysoki, masywny mur z łupanego wapienia, w obrębie którego znajduje się również dzwonnica, pełniąca niegdyś funkcję wieży strażniczej, z której dostrzegano zbliżające się ordy tatarskie. Niewielkie okna cerkwi, przypominające strzelnice, umieszczono wysoko nad ziemią, by uniemożliwić napastnikom wrzucenie ognia do środka.
Przekroczenie ciężkich, starych drzwi świątyni to akt pokory – próg jest niski, co wymusza pochylenie głowy. Wnętrze wita przybysza półmrokiem, zapachem wosku, starego drewna i kadzidła. Brak tu jaskrawych kolorów czy barokowego przepychu. Jest za to niezwykła surowość konstrukcji zrębowej, genialnego dzieła dawnych mistrzów ciesielskich, którzy do budowy nie użyli ani jednego żelaznego gwoździa. Wzrok przykuwa przepiękny, choć częściowo zubożony przez powojenne kradzieże, ikonostas z połowy siedemnastego wieku, oddzielający sferę sacrum od profanum.
Nierozerwalną częścią kompleksu w Radrużu jest cmentarz przycerkiewny. Ukryty w cieniu starych drzew, pełen jest pokrytych mchem i porostami kamiennych krzyży. Wykonano je z wapienia pochodzącego z pobliskiego ośrodka kamieniarskiego w Starym Bruśnie. Ich specyficzna, archaiczna forma, często zdobiona splotami słonecznymi i inskrypcjami w języku staro-cerkiewno-słowiańskim, nadaje temu miejscu niepowtarzalny, romantyczny i głęboko nostalgiczny charakter. Spacerując w ciszy między tymi niemymi świadkami historii, możemy poczuć ducha legendarnej Marii Dubniewiczowej – żony miejscowego wójta (lub popa), która porwana w tatarski jasyr, spędziła lata w chanacie krymskim, by ostatecznie uciec, powrócić i ufundować kamienne mury radrużańskiej świątyni. Radruż to przestrzeń, w której historia jest na wyciągnięcie ręki, a brak turystycznego zgiełku pozwala na autentyczną, głęboką kontemplację.
2. Pustelnia i ruiny monastyru na wzgórzu Monastyrz w Werchracie
Zostawmy na chwilę Radruż i przenieśmy się nieco bardziej na zachód, choć wciąż pozostając w gęstych, mrocznych wręcz lasach Roztocza Południowego. W okolicach miejscowości Werchrata, z dala od jakichkolwiek głównych dróg, wznosi się strome, porośnięte prastarym bukowym lasem wzgórze zwane Monastyrzem (396 m n.p.m.). To miejsce, do którego trafiają tylko najbardziej zdeterminowani wędrowcy, wyposażeni w dobre mapy lub dokładne nawigacje GPS, ponieważ szlaki prowadzące na szczyt bywają mylące, a latem ścieżki szybko zarastają paprociami wielkimi na wysokość dorosłego człowieka.
Monastyrz to jedno z najbardziej mistycznych i melancholijnych miejsc na mapie całego południowo-wschodniego pogranicza. Nazwa wzniesienia nie jest przypadkowa – przez kilkaset lat funkcjonował tutaj greckokatolicki klasztor o.o. Bazylianów, który stanowił ważne centrum duchowe, kulturalne i pielgrzymkowe dla ludności ruskiej zamieszkującej okoliczne tereny. Zespół klasztorny tętnił życiem, rozwijał się, a w jego murach kryły się cudowne obrazy i drogocenne relikwie.
Wszystko zmieniło się w wyniku dramatycznych zawirowań historycznych. Po I wojnie światowej monastyr zaczął tracić na znaczeniu, a apokalipsa II wojny światowej oraz krwawe czasy powojenne (w tym tragiczne w skutkach deportacje w ramach Akcji „Wisła”) położyły kres jego istnieniu. Zespół klasztorny został spalony i opuszczony. Dziś, po kilkudziesięciu latach działania bezwzględnych sił natury, klasztor przypomina scenografię do filmu o zapomnianej cywilizacji.
Docierając na szczyt wzgórza, stajemy przed widokiem, który wywołuje gęsią skórkę. Spośród dywanu rudych bukowych liści i bujnego poszycia leśnego wyłaniają się potężne, kamienne zarysy fundamentów i fragmenty dawnych murów, grubych na ponad metr. W miejscach, gdzie dawniej chóry mnichów śpiewały pieśni pochwalne, dziś rosną wielkie drzewa, których korzenie niczym macki ośmiornicy oplotły dawne sakralne kamienie. Zachowały się tu schody prowadzące donikąd, resztki dawnych piwnic, w których wciąż panuje grobowy chłód, a także zarośnięta studnia, wokół której krążą liczne lokalne legendy o ukrytych w niej klasztornych skarbach i dzwonach, które podobno można usłyszeć w noc świętojańską.
Tuż obok ruin monastyru znajduje się jeszcze jedno, niezwykle poruszające miejsce. To pustelnia Świętego Brata Alberta (Adama Chmielowskiego), który pod koniec dziewiętnastego wieku spędził tu jakiś czas, zanim przeniósł się na Roztocze Środkowe. W lesie, w całkowitym odosobnieniu, z dala od jakiejkolwiek cywilizacji, odnajdziemy skromną, drewnianą kapliczkę i pozostałości pustelniczej chaty. Cisza panująca na wzgórzu Monastyrz ma w sobie wymiar wręcz fizyczny. Zatrzymując się tam, siadając na omszałym głazie, można spędzić godziny, nie widząc żywego ducha, wsłuchując się jedynie w szmer wiatru grającego w koronach starych buków. To idealne miejsce na „leśną kąpiel” (shinrin-yoku) w najbardziej historycznym i uduchowionym wydaniu.
3. Zaginiona wioska i cmentarz w Starym Bruśnie
Wracając do opowieści o bruśnieńskich krzyżach z cmentarza w Radrużu, nie sposób nie wspomnieć o miejscu, z którego one pochodzą. Stare Brusno to jedno z najbardziej przejmujących miejsc na Roztoczu, o którym mało kto słyszał, a jeszcze mniej osób decyduje się je odwiedzić. To wieś, której… już nie ma. Została bezpowrotnie starta z mapy w 1947 roku, w wyniku przymusowych wysiedleń Akcji „Wisła”. Wcześniej, przez kilkaset lat, tętniła życiem, będąc słynnym na całą Europę Środkowo-Wschodnią prężnym ośrodkiem kamieniarskim.
Stare Brusno leży ukryte w dolinie rzeki Brusienki, otoczone zewsząd gęstymi lasami i piaszczystymi pagórkami. Aby tam dotrzeć, trzeba opuścić utwardzone szosy w okolicach Horyńca-Zdroju i podążać leśnymi drogami. Kiedy już tam dotrzemy, powita nas krajobraz niewiarygodnej, dzikiej piękności, w którym przyroda całkowicie upomniała się o swoje. Nie ma tu domów, nie ma ulic, nie ma ludzi. Zamiast nich są zarośnięte sady owocowe, gdzie wczesną jesienią wciąż można zerwać dzikie jabłka z drzew posadzonych kilkadziesiąt lat temu przez dawnych gospodarzy. Można dostrzec ledwie zauważalne zarysy podmurówek, resztki piwnic zapadnięte w ziemię i zdziczałe kwiaty ogrodowe, które wciąż uparcie kwitną tam, gdzie niegdyś były progi domostw.
Najważniejszym i najbardziej wstrząsającym punktem Starego Brusna jest stary, zrujnowany cmentarz. To właśnie tu kamieniarze, którzy tworzyli arcydzieła rozsiane po całym pograniczu, chowali swoich bliskich i sami zostali pochowani. Nekropolia jest ukryta w niezwykle gęstym lesie. Promienie słońca z trudem przebijają się przez korony drzew, tworząc na ziemi migoczące wzory. Wśród morza paproci, bluszczu i mchu stoją dziesiątki, a może nawet setki starych, wapiennych krzyży. Niektóre wciąż dumnie wznoszą się ku niebu, inne są pochylone niemal do samej ziemi, jakby zmęczone ciężarem upływającego czasu. Jeszcze inne rozpadły się na kawałki, powoli stając się integralną częścią leśnego runa.
Kunszt tych rzeźb jest nieprawdopodobny. Mimo upływu dziesięcioleci i niszczycielskiego działania warunków atmosferycznych, na kamieniach wciąż wyraźnie widać skomplikowane ornamenty florystyczne, wizerunki ukrzyżowanego Chrystusa, anioły, sploty i głęboko rzeźbione, cyrylickie inskrypcje. Spacer po tym opuszczonym cmentarzu to doznanie niemal paraliżujące swoim pięknem i smutkiem. Brak wytyczonych ścieżek, brak jakichkolwiek barierek czy tablic informacyjnych sprawia, że czujemy się tu jak prawdziwi odkrywcy, jak archeolodzy badający zaginioną cywilizację. W Starym Bruśnie nie spotkasz tłumów, nie kupisz pamiątki w kiosku. Jedyne, co stąd wyniesiesz, to głęboka refleksja nad przemijaniem i potęgą natury, która w kilkadziesiąt lat potrafi pochłonąć dorobek całych pokoleń.
4. Rezerwat „Minokąt” i surowa geometria Linii Mołotowa
Zmieniamy drastycznie klimat historyczny i przenosimy się na tereny Roztocza Południowego w okolice Narola i Huty Różanieckiej. Roztocze to nie tylko drewniane cerkwie i ślady dawnych ludowych rzemieślników, ale również krwawa, brutalna historia XX wieku, która pozostawiła w tutejszych lasach swoje betonowe, milczące pomniki. Mowa o fragmentach słynnej Linii Mołotowa – potężnego pasa radzieckich umocnień granicznych, budowanych w pośpiechu w latach 1940-1941, tuż po wytyczeniu nowej, paktowej granicy między III Rzeszą a Związkiem Radzieckim (na mocy układu Ribbentrop-Mołotow).
Wielu turystów eksplorujących umocnienia wojenne kieruje się na popularne trasy na północy Polski lub do Wilczego Szańca. Tymczasem roztoczańskie lasy ukrywają dziesiątki potężnych schronów bojowych, zwanych potocznie bunkrami, do których dostęp wymaga niemal traperskich umiejętności. Jednym z najciekawszych i zarazem najmniej obleganych skupisk tych obiektów jest rejon Rezerwatu Minokąt i okolicznych wzniesień (takich jak Wielki Dział).
Lasy w tym rejonie są zupełnie inne niż typowe, jasne sosnowe bory Roztocza Środkowego. Tutaj dominują mroczne, prastare buczyny i jodły, a teren jest niezwykle pofałdowany, poprzecinany głębokimi jarami i stromymi wzniesieniami. To prawdziwa, dzika puszcza. Wchodząc w te lasy, szybko gubimy orientację, zdani jedynie na własny instynkt i kompasy. Nagle, w środku tego biologicznego gąszczu, spośród zieleni mchu wyrastają gigantyczne, szare bryły surowego betonu i pordzewiałej stali.
Schrony Linii Mołotowa to obiekty imponujące swoją skalą i mroczną estetyką. Część z nich została zniszczona w wyniku zaciętych walk, które wybuchły tu 22 czerwca 1941 roku po ataku Niemiec na ZSRR. Ich potężne ściany są rozerwane od środka wybuchami ładunków saperskich, a stalowe pancerze powykrecane w groteskowe kształty. Wiele schronów zachowało się jednak w niemal nienaruszonym stanie, choć natura powoli, acz skutecznie bierze je we władanie. Na płaskich, betonowych dachach urosły wielkie drzewa, a mroczne, zalane wodą korytarze strzelnicze stały się bezpiecznym schronieniem dla licznych gatunków nietoperzy.
W eksploracji tych terenów najbardziej pociągający jest niesamowity dysonans poznawczy. Z jednej strony jesteśmy otoczeni tętniącą, dziewiczą przyrodą, kwitnącym życiem, zapachem grzybów i żywicy. Z drugiej – potykamy się o surowe, brutalistyczne bryły stworzone z myślą o zadawaniu śmierci, pełne mrocznych korytarzy, rur wentylacyjnych, stalowych peryskopów i śladów po uderzeniach pocisków artyleryjskich. Zwiedzanie roztoczańskich bunkrów to przygoda dla prawdziwych koneserów historii wojskowości, ale też dla fotografów poszukujących nietuzinkowych kadrów, w których natura wygrywa bitwę z machiną wojenną. Gwarantuję, że przemierzając ten dziki fragment Roztocza, szybciej spotkacie stado jeleni lub dzików, niż innego turystę.
5. Kamieniołomy i ukryte baseny w Nowinach (Rezerwat Nowiny)
Ostatnim miejscem na naszej mapie ukrytego Roztocza, które z premedytacją omija główne turystyczne szlaki, jest stary, nieczynny kamieniołom w Nowinach na terenie Roztoczańskiego Parku Narodowego lub jego bliskich otulin, położony na zachód od słynnego Zwierzyńca. Podczas gdy większość przyjezdnych zadowala się spacerem nad Stawy Echo czy fotografowaniem urokliwego „Kościółka na Wodzie”, wystarczy odbić kilka kilometrów w stronę Józefowa i zanurzyć się w puszczańskie dukty, by odkryć miejsce o zupełnie innym, niemal „księżycowym” charakterze.
Roztocze pod względem geologicznym opiera się w dużej mierze na skałach wapiennych i piaskowcach, które przez stulecia były eksploatowane przez miejscową ludność jako podstawowy materiał budowlany. Śladami po tej działalności są liczne, wyrobiska i kamieniołomy. O ile kamieniołom w samym Józefowie z nowoczesną wieżą widokową jest już dość popularny, o tyle ten ukryty w okolicach Nowin (często nazywany Nowinami lub kamieniołomami w Majdanie Nepryskim) wciąż pozostaje cudowną enklawą ciszy.
Do tego miejsca nie prowadzą szerokie, wyasfaltowane alejki, nie ma też wielkich znaków drogowych. Auto trzeba zostawić na skraju lasu i wyruszyć na pieszą wędrówkę piaszczystym, leśnym szlakiem. Po dłuższym marszu przez gęsty las sosnowo-dębowy, przed naszymi oczami nagle rozstępują się drzewa, a krajobraz diametralnie się zmienia. Z zielonej gęstwiny wychodzimy wprost w ramiona wielkiej, białej, skalistej niecki.
Wysokie, strome ściany jasnego kamienia wapiennego i opoki lśnią w promieniach słońca, tworząc wspaniały kontrast z głębokim błękitem nieba i jaskrawą zielenią lasu, który ze wszystkich stron usiłuje wlać się do wnętrza wyrobiska. Największą jednak tajemnicą i wizualnym magnesem tego miejsca jest to, co znajduje się na dnie kamieniołomu. Zbierająca się latami woda deszczowa i gruntowa utworzyła w zagłębieniach skalnych niewielkie, ale niezwykle malownicze, szmaragdowe jeziorka. Kolor wody, zabarwionej minerałami wypłukiwanymi z wapiennych ścian, do złudzenia przypomina górskie, alpejskie stawy lub… kopalnie turkusu, rzadko spotykane na nizinach Polski.
Przebywając na dnie tego starego kamieniołomu, ma się wrażenie przebywania w olbrzymiej, akustycznej muszli. Ściany z jasnego kamienia odbijają dźwięki, ale nie słychać tu szumu silników czy ludzkich głosów. Słychać za to cykady, których na nasłonecznionych, nagrzanych białych kamieniach jest całe mnóstwo, a także charakterystyczne, głębokie kumkanie żab mieszkających w szmaragdowych kałużach. To miejsce jest istnym rajem dla poszukiwaczy skamieniałości – spacerując wzdłuż odłamków skalnych, przy odrobinie szczęścia i spostrzegawczości, można odnaleźć perfekcyjnie zachowane muszle amonitów i fragmenty prehistorycznych koralowców, które przypominają, że dziesiątki milionów lat temu szumiało tu ciepłe, płytkie morze.
Nowiny to doskonały przykład na to, jak natura fantastycznie rewitalizuje tereny przekształcone niegdyś przez człowieka. Wracające tu dzikie ptactwo, rzadkie gatunki motyli (jak niepylak apollo, choć na niego trzeba mieć ogromne szczęście) i specyficzna, kserotermiczna roślinność rosnąca na nasłonecznionych skałach sprawiają, że czujemy się, jakbyśmy przenieśli się w rejon bałkański czy śródziemnomorski. A wszystko to w sercu Roztocza, w odosobnieniu, którego na próżno szukać w obleganych, sztandarowych punktach przewodnikowych.
Podsumowanie: Roztocze, które zostaje w sercu
Podróżowanie poza utartym szlakiem to sztuka, która wymaga wysiłku. Wymaga porzucenia wygody, wygodnych deptaków, gotowych rozwiązań kulinarnych na wyciągnięcie ręki. W zamian jednak oferuje coś absolutnie bezcennego – autentyczność. W Radrużu poczujemy chłód kamienia, który chronił chłopów przed śmiercią z rąk wroga. Na cmentarzu w Starym Bruśnie dotkniemy mistrzostwa dawnych kamieniarzy, oddając hołd tym, po których nie pozostało niemal nic. W ruinach monastyru usłyszymy echa dawnych modlitw, przedzierając się przez lasy Linii Mołotowa, dotkniemy trudnej, wojennej historii tego pasa ziemi, a w starych kamieniołomach przypomnimy sobie o prehistorycznej potędze planety.
Roztocze to kraina ogromnych kontrastów i wielowarstwowej historii. Aby ją w pełni zrozumieć i pokochać, nie można skupiać się wyłącznie na jej pięknej, ale turystycznej fasadzie. Trzeba ubrać wygodne buty, zaopatrzyć się w mapę papierową (bo internet często tu zawodzi), spakować plecak i ruszyć w nieznane. Odkrywanie ukrytego Roztocza to przygoda, która na zawsze zmienia sposób, w jaki patrzymy na otaczający nas krajobraz. To spotkanie z dziką naturą, skomplikowaną historią i co najważniejsze – z samym sobą, w przestrzeni wolnej od tłumów, hałasu i komercji.